Leaderboard
728x15
Showing posts with label łabędź niemy. Show all posts
Showing posts with label łabędź niemy. Show all posts

MdDiUS.

Kiedy zaczynałem prowadzić blog, obiecałem sobie, że:
1.   Nie będzie to pamiętnik,
2.   Nie będę pisał tylko i wyłącznie o przyrodzie,
3.   Politykę będę omijał najszerszym z łuków.
Okazuje się jednak, że realizacja punktu trzeciego nie jest tak prosta, jak mi się wydawało, a wszystko to za sprawą Ministerstwa ds. Demontażu i Utylizacji Środowiska.
Nie wiem, jak oni – ci ministerialni rzecz jasna - to robią, ale co chwila wyskakują z czymś, co budzi nie tyle – jak to się ładnie mówi - kontrowersje, co raczej bezbrzeżne zdumienie, że z takimi pomysłami może występować akurat ten resort. Zakusy na Puszczę Białowieską? Oczywiście MdDiUS! Powołanie i uzbrojenie po zęby Straży Geologicznej – naturalnie MdDiUS! Wygnanie z lasów (i częściowo z własnego podwórka) wszystkich, którzy nie polują – a jakże MdDiUS! Uniemożliwienie akcji protestacyjnych organizacji ekologicznych – nieocenione MdDiUS! Podporządkowanie Ministerstwu WFOŚ-ów - wiadomo. Masowa wycinka drzew na prywatnych posesjach – jak wyżej i wyżej, i wyżej!
Ostatnio, zupełnie przypadkowo dotarła do mnie jeszcze jedna, ciekawa informacja związana z ww. Ministerstwem. Dlaczego przypadkowo? Ano dlatego, że media prawie kompletnie to pominęły. Chodzi mianowicie o to, że wójt nadmorskiej gminy Smołdzino, kiedyś tam postanowił sobie, że postawi kaplicę. Jego zdaniem jest to idealna odpowiedź na wakacyjne zapotrzebowanie Polaków, czyli turystykę pielgrzymkową. I bardzo dobrze. Jeżeli taka potrzeba istnieje, to dlaczego nie? Tyle tylko, że w tej całej, wydawać by się mogło, banalnej sprawie jest jeden problem. Problem ten nazywa się Słowiński Park Narodowy, gdyż to na jego terenie ma powstać rzeczona kaplica. Ale co tam jakiś głupi obszar chroniony. Wójt sprokurował pismo z prośbą o zgodę na budowę i oczywiście takową otrzymał. Bez konsultacji z Radą Naukową, bez oceny oddziaływania na środowisko itp.
No dobra – myślę sobie. W sumie budowla niewielka (37 m2), Słowiński PN, to nie Licheń, więc może przyroda jakoś sobie z tym poradzi. Tyle tylko, że wójt nie zamierza poprzestać na samej kaplicy i ma kolejne, architektoniczne pomysły. Jak zdradził dziennikarzom, w przyszłości będzie wnioskował o zgodę na wybudowanie kapliczek drogi krzyżowej i coś mi się mówi, że ją dostanie. Jak znam życie, pewnie zaraz dojdą do tego przenośne budy ze wszystkim, co turyście do szczęścia potrzeba i w Parku zrobi się wesoło. Jedyna nadzieja w archeologach, którzy przed rozpoczęciem budowy spenetrują ten teren. Jeżeli znajdą coś cennego, będą mogli inwestycję zablokować. O ile znajdą.
Żeby było jasne. Nie uważam, że wszystkie decyzje Ministerstwa są wyłącznie złe, a z niektórymi po części się zgadzam. Uważam jedynie, że jeżeli ma się na szyldzie słowo Środowisko, to do czegoś to chyba zobowiązuje. 

PS. A na zdjęciach, pożegnanie zimy.















O kurtce. Esej. Chyba esej.

Byłabyż zima czasem idealnym? Otóż byłaby, gdyby nie pewien mały szkopuł. Zima to zimno, a zimno to zwiększona liczba warstw odzieży. Pomijam nienawistne mi tzw. kalesony, gdyż używam ich wyłącznie w temperaturach, które nawet w Suwałkach uważa się za ekstremalne. Nie chodzi mi również o buty, którym niestraszny śnieg i woda, ale które mogą być problemem, gdy trzeba pojechać gdzieś samochodem (dopóki się nie przyzwyczaiłem miałem wrażenie, że prowadzę, mając nogi zatopione w dwóch wiadrach z ołowiem). Rzeczonym szkopułem nie są również czapki, rękawice, t-shirty, polary, wełniane skarpety itp. Jest nim ... kurtka!
Ileż ja już tego rodzaju odzieży przetestowałem! Wojskowe, strażackie, harcerskie i turystyczne. Pozornie elegancko-zamożne i takie, dzięki którym przygodnie napotkani ludzie wciskali mi do ręki drobne sumy, albo coś do jedzenia. Czarne, khaki, oliv, białe i woodlandy. Z brezentu, bawełny, płótna i gore tex`u. Do kolan i za kolana. Z kapturem i bez kaptura. Testowałem je wszystkie po kolei, ale  i tak zawsze pojawiał się jakiś problem.
W ubiegłym roku kupiłem sobie wreszcie coś, co teoretycznie mógłbym nazwać ideałem. Nabyłem mianowicie kurtkę-kangurkę. Maskuje, jest lekka (ale genialnie chroni przed wiatrem i zimnem) oraz - co ważne - posiada kieszeń brzuszną, w której swobodnie można pomieścić parkę kangurzątek lub, gdy ich akurat nie posiadamy - cały, terenowy dobytek. Jednym słowem, łażenie w niej, to sama rozkosz. W zasadzie mógłbym przechodzić w niej całe życie, gdyby nie drobny fakt. 
Myślę, mianowicie o tym, że … czasem trzeba ją zdjąć. I tu zaczyna się problem, o którym sprzedawca nie wspomniał, a powinien! O ile bowiem zakładanie rzeczonej kurtki nie sprawia trudności, o tyle zdejmowanie i owszem, gdyż razem z nią, ściąga się to wszystko, co mamy pod spodem. Pół biedy, gdy jestem sam, mam czas i, co najważniejsze, nie mam świadków. Gorzej, gdy wchodzę np. do popularnego lokalu gastronomicznego, którego właściciel nie oszczędza na ogrzewaniu. Wchodzę i zawsze mam dylemat! Zostać w kurtce, ryzykując udar cieplny, czy też zdjąć ją, wzbudzając ogólne podejrzenie, że lubię obnażać się w miejscach publicznych? I tak źle i tak niedobrze.
Długo kombinowałem, jak z tego wybrnąć, aż w sukurs przyszła mi krajowa kinematografia, a konkretnie film Marka Piwowskiego pt. „Przepraszam, czy tu biją?”. Niestety z uwagi na tzw. "roszczenia", nie ma już tego obrazu w internecie, więc nie mogę umieścić tu fragmentu, który mam na myśli. 
Jeżeli jednak macie ten film na płycie lub kiedyś "roszczenia" zostaną cofnięte, zwróćcie uwagę na scenę w zoo z udziałem Jana Himilsbacha przebranego za misia. I wtedy to właśnie będziecie wiedzieli, jak wybrnąłem z tej całej, mało komfortowej sytuacji.

PS. Poniżej fotki z krótkiego, popracowego wypadu za olsztyńskie rogatki.












Leaderboard