Leaderboard
728x15
Showing posts with label łyska. Show all posts
Showing posts with label łyska. Show all posts

Przywoływanie wiosny.

To już zapewne przedostatnia porcja fotek z zimą w tle i wkrótce na tym blogu na stałe zagości wiosna. Stanie się tak, gdyż poczyniłem pewne, związane z tym, kroki.
Przede wszystkim zadzwoniłem do firmy „Marzanny Do Topienia” w Tłuszczu w celu zamówienia odpowiedniej jakości kukły. Co prawda marzany już im się skończyły, ale obiecali przysłać mi męski odpowiednik topielicy, czyli mariana. Było z tym niestety trochę ambarasu, gdyż Marian okazał się być nie tyle kukłą, co całkiem żywym facetem w średnim wieku z nadwagą, depresją i wodowstrętem, ale przy pomocy członków pewnej szacownej organizacji (której nazwy nie mogę podać, gdyż cenię sobie swoje zdrowie, a przede wszystkim życie) jakoś udało się nam wepchnąć go pod lód.
Następnie przy wtórze starowarmińskiej pieśni pt. „Won zimo na Mazowsze” obeszliśmy trzy razy najstarszy dąb rosnący w naszej części kraju. Tak naprawdę obeszliśmy dwa razy i nie to dąb, a tuję rosnącą w ogródku kolegi, ale usprawiedliwia nas fakt, że zimno było jak diabli, a poza tym nie mam zielonego pojęcia, gdzie i - czy w ogóle - taki dąb rośnie.
Kolejne dni spędziłem poszcząc żarliwie. Przez ten czas odżywiałem się wyłącznie pasztetem z drobiu, kiełbasą palcówką oraz białą, szynką podlaską z tłuszczykiem, boczkiem pieczonym, galantyną z przednich racic wieprzka, schabem ze śliwką, żurem i flakami, jajami kurzymi z chowu klatkowego oraz - zgodnie z regułą Regionu - wódkami czystymi i gatunkowymi. W ten - praktykowany przez mnichów - sposób oczyściłem organizm ze złogów węglowodanów, błonnika, witamin i innych, tego typu, toksyn. Czysty na ciele i umyśle mogłem zatem wyruszyć na samotną wyprawę w poszukiwaniu ZNAKU od Pani Przyrody. Niewtajemniczonym wyjaśniam, że polega to na tym, że przez kilkanaście dni i nocy wędruje się po lasach i nadjeziornych łąkach wytężając wszystkich osiemnaście zmysłów, gdyż ZNAK może mieć bardzo różną postać, jako to np. białego jelenia, czarnej brzozy lub skąpo ubranej kobiety na leśnym parkingu. Moja podróż nie trwała jednak, aż tak długo, gdyż wychodząc z mieszkania już w przedpokoju zobaczyłem parę zamszowych botków, co według wierzeń PraJadźwingów oznacza rychłe nadejście wiosny.

Jak mogliście się dziś przekonać, moje starania nie poszły na darmo. Nie musicie mi jednak dziękować, gdyż zrobiłem to wszystko także - a może przede wszystkim - dla siebie.





















O zwierzętach dobrych i złych.


Od czasu do czasu lubię poszperać w starych wydawnictwach. Oczywiście nie posiadam biblioteki na wzór Eco, ale na szczęście w sieci jest coraz więcej bibliotek cyfrowych, w których można znaleźć skany prawdziwych perełek.
         Tym razem natrafiłem na zacną pozycję autorstwa nieocenionego Zygmunta Glogera, pt. „Zabobony i mniemania ludu nadnarwiańskiego tyczące ptaków, płazów i owadów”. Niewielka ta książeczka, to jeden z efektów studiów antropologicznych, prowadzonych przez Autora na Podlasiu w latach 1865-1875.
Jak wynika z lektury, dzielny lud znad Narwi nie dzielił zwierzaków na te dobre i na te złe, gdyż nie było to takie proste. Weźmy na początek drób domowy. Pianie koguta w nocy było dobrym znakiem, gdyż - co oczywiste - odbierało moc diabłu. Z drugiej jednak strony było powszechnie wiadomym, że czarcia moc wpływała pozytywnie na poziom produkcji nieśnej miejscowych kur. Tu jednak pojawiał się mały problem, gdyż rogaty głupi nie był i za friko mocą nie szastał. Jedynym rozwiązaniem była więc łapówka. Dlatego właśnie, jedna ze znanych Glogerowi znawczyń agrobiznesu, „corocznie gotowała cichaczem tłustą jajecznicę z połowy kopy jaj i w nocy stawiała (…) na słupie od wrot”. Widziano potem, jak „szatan przybywał w postaci psa czarnego i przysmak chciwie pożerał”.
Podobna sytuacja miała miejsce w przypadku jaskółek i kukułek. Te pierwsze likwidowały dokuczliwe owady (czyli dobrze), ale wystarczyło, że przeleciały nad krową i ta natychmiast dawała mleko z krwią (czyli źle). Kukułka działała podobnie. Z jednej strony informowała o terminie zamążpójścia, czyli chyba dobrze. Z drugiej jednak wystarczyło, żeby przestała kukać w trakcie recytowania zwyczajowego wierszyka i chciwa chłopa panna miała przechlapane. W najlepszym przypadku groziło jej staropanieństwo, a w najgorszym – śmierć! Dodatkowo kukułka negatywnie wpływała na plonowanie leszczyny (gdy zakukała przed pojawieniem się liści na drzewach – można było zapomnieć o orzechówce) oraz na stan zdrowotny rogacizny. Wiadomym było, że gdy „kukawka zakukała” nad krową, bydlę w trymiga zapadało na jakieś choróbstwo i często opuszczało ziemski padół.
Wyłącznie w samych superlatywach wypowiadano się nad Narwią o bąku (ptaku!). W XXI w. o cenach na rynkach produktów rolno-spożywczych decyduje cała masa czynników o charakterze makro- i mikroekonomicznym. W opisywanych przez Glogera czasach nie zawracano sobie jednak głowy takimi bzdurami. Doświadczony, XIX-wieczny makler nie bawił się w żadne analizy, tylko w letni wieczór maszerował na skraj trzcinowiska i nasłuchiwał buczenia bąka. Liczba bucznięć (nie mam pojęcia, jak to nazwać) oznaczała bowiem cenę (w złotych), jaką osiągnie pod koniec roku „ćwirć” korca zboża, czyli 32 litry ziarna!
Pozytywnymi stworzeniami były także ropuchy i muchy. Te pierwsze w czasie suszy przywoływały deszcz (wystarczyło przywiązać je za nogi przy płocie i spokojnie zaczekać na zadziałanie ropuszej mocy), a ich mocz łączył na powrót „rozsiekane w kawałki jaszczurki” (swoją drogą nieźle się wtedy na tym Podlasiu zabawiano). Muchy wykorzystywano natomiast do leczenia jęczmienia na oku. W tym celu trzeba było „rozdartą” muchę położyć „w przeciwne ucho” i narośl znikała. O dziwo sympatią darzono również pająki ("gdy pająk po kim łazi, dobra dla tej osoby wróżba"), a nawet węże, których "zabijać nie godzi się, tak jak wszelkich gadów niejadowitych" (chodziło chyba o zaskrońce). Nie lubiano za to niedźwiedzi, gdyż „jeżeli niedźwiadek uroni mocz swój na ciało ludzkie, to będzie się ono padać, czyli jątrzyć”. Tak na marginesie, szkoda, że Gloger nie podał genezy tego twierdzenia, gdyż w XIX wieku miśków nad Narwią, nie było.
Nie chcę przedłużać, więc kończę pierwszą część tej opowieści. Mam jednak pewną propozycję. Chciałbym Was mianowicie zachęcić do przeprowadzenia ciekawego eksperymentu naukowego, dzięki któremu dowiecie się, skąd na świecie biorą się pchły. Zainteresowani? No to świetnie! Musicie teraz zaopatrzyć się w butelkę, trociny oraz wypić kilka piw (w ostateczności może być mleko). Już? To teraz wsypcie trociny do butelki, hojnie polejcie je moczem i starannie zakorkujcie. Teraz wystarczy już tylko zakopać flaszkę w ziemi i „po kilku dniach odkopana zawierać będzie moc pcheł”.
Zachęcam, żebyście otworzyli butelkę podczas jakiejś rodzinnej uroczystości. Gwarantuję, że śmiechom i żartom nie będzie końca, a Wy staniecie się prawdziwą gwiazdą wieczoru!












Leaderboard