Leaderboard
728x15
Showing posts with label Biebrza National Park. Show all posts
Showing posts with label Biebrza National Park. Show all posts

Edukacja przede wszystkim!

Czasem (zwykle o brzasku lub wczesnym wieczorem, gdy jeszcze nie nastały lub właśnie zelżały upały) myślę sobie, że mój blog jest zbyt mało edukacyjny. Że trwonię czas na frywolne teksty, miast przekazywać fachową wiedzę przyrodniczą. Że nie szerzę, nie propaguję, nie nakłaniam i nie wychodzę przed. Że nie wykorzystuję otrzymanego bezpłatnie wykształcenia, posiadanych informacji i doświadczeń zdobytych podczas niezliczonych wyjść terenowych.
No cóż. Nikt nie jest doskonały, ale prawie każdy może się takim stać. Postanowiłem zatem zmienić nieco profil mojego, blogowego pisania i - od czasu do czasu - zamieszczać posty, które – mam nadzieję – w przystępny sposób przybliżą Wam zawiłości Natury, różnorodność bioróżnorodności, zrównoważony rozwój, biologię u podstaw ochrony przyrody, sozologię, politykę ekologiczną itp..
Swoje edukacyjne rozważania, chciałbym zacząć od mojego ulubionego gatunku, czyli rycyka (Limosa limosa) - jednego z krajowych przedstawicieli rodziny Scolopacidae (bekasowatych). Po długich przemyśleniach, uznałem że najlepszą formą prezentacji tego (i kolejnych także) gatunku, będą krótkie, ale jednocześnie ekstremalnie merytoryczne opisy towarzyszące poszczególnym fotografiom. Jednocześnie zdając sobie sprawę z faktu, że nie można – bo nie można - od razu rzucać się na głębokie mokradło, postanowiłem - przynajmniej na początek - zrezygnować z trudnego, naukowego żargonu i przedstawiać gatunki w sposób, jak najbardziej popularnonaukowy i przystępny dla każdego, kto czyta ten blog. Naturalnie w kolejnych odsłonach tej serii będę konsekwentnie zwiększał poziom trudności, by finalnie pisać już tylko i wyłącznie po łacinie. Ale do rzeczy, czyli do postu.

To jest Rycyk. Rycyk jest ptakiem.












A to jest Pani Czajka, która mieszka na tej samej łące. Czajka jest niegrzeczna, gdyż atakuje Rycyka. Nieładnie Pani Czajko!




Pan Rycyk lubi kołki. Pan Rycyk lubi przesiadywać na różnych kołkach. Czy umiałabyś/umiałbyś narysować ulubiony kołek Pana Rycyka?






To jest Pan Rycyk i Pani Rycyk. Pan Rycyk i Pani Rycyk bardzo lubią się przytulać, ale tylko wiosną. Gdy Pan Rycyk przytuli Panią Rycyk, wkrótce w gniazdku pojawią się jajka, a nieco później małe, puchate kulki, czyli pisklęta. Czy wiesz dlaczego?


Pan Rycyk czyści piórka. Pan Rycyk wie, jak ważna jest codzienna higiena. Czy bierzesz przykład z Pana Rycyka?


Jak już wiesz, Rycyk jest ptakiem, czyli umie latać. Jednak nie wszystkie ptaki posiadły tę umiejętność. Czy potrafiłabyś/potrafiłbyś wymienić choć jeden – pierwsze, trudne słowa - nielotny gatunek?




Mam nadzieję, że ta - nie bójmy się tego słowa - mini publikacja pozwoliła Wam dogłębnie poznać biologię Rycyka, którąż to wiedzę możecie śmiało wykorzystywać podczas wykładów, gminnych festynów i - oczywiście - wszelkiego typu spotkań towarzyskich na tzw. łonie.

PS. Jak zapewne zauważyliście, w opisy części zdjęć, wplecione są pytania. Niektóre z nich są łatwe (choć podchwytliwe), ale część może sprawić trudność nawet wytrawnym przyrodnikom. Nie zrażajcie się jednak i spróbujcie odpowiedzieć na nie w komentarzach.

Opowiastka o klusze.

Tym razem biebrzańska fotkomieszanka na szybko. W następnych odcinkach pojawią się rycyki, potem coś tam z Warmii, a w dalszej kolejności rybitwy białoskrzydłe, rzeczne widoczki i te no … dywizjony.
Nie o ptakach jest jednak ten post tylko o jedzeniu na Podlasiu, a zwłaszcza o jednej potrawie, która występuje pod kilkoma nazwami i w kilkunastu, choć nie mogę wykluczyć, że i w kilkuset wersjach.
Kiedy byłem mały, rodzice samolubnie oddawali się pracy zawodowej, a mnie oddawali pod opiekę starszej wiekiem sąsiadki, która jako jedyna w całej Biebrzy, zgodziła się zaryzykować i przyjmować mnie pod swój dach na kilka godzin dziennie. Podobno byłem mało znośny (w odróżnieniu od mojego brata Mateusza), ale miałem jedną, wyjątkową zaletę, dosyć rzadko spotykaną w mojej, ówczesnej grupie wiekowej. Byłem mianowicie wyjątkowo pazerny na jedzenie, czyli, jak mawiają na Wschodzie - żarty. Pochłaniałem wszystko, co mi podawano w dowolnych ilościach i o dowolnej porze. Nie pamiętam oczywiście wszystkich potraw, którymi tuczyła mnie moja nieszczęsna opiekunka, ale dwie zapadły mi w pamięć do dziś. Był to mianowicie tzw. grzybek, czyli baaardzo gruby naleśnik z jakąś konfiturą i … kołduny. I o tych ostatnich jest właśnie ten post.
Kiedy pytam Niepodlasian o kołduny, praktycznie zawsze odpowiadają, że są to pierożki z baranim farszem, które zalewa się rosołem. Tymczasem kołduny, którymi zajadałem się w Biebrzy były ziemniaczanymi kluchami wypełnionymi mięsnym farszem i polanymi szczodrze tłuszczem ze skwarkami tudzież zarumienioną cebulą. I tu właściwie powinna kończyć się ta średnio fascynująca historia, gdyby nie fakt, że ćwierć wieku później w jakiejś knajpie pod Suwałkami zamówiłem nieznaną mi wówczas potrawę, która w karcie figurowała pod nazwą kartacze. Jakież było moje zdziwienie, gdy po kwadransie czekania dostarczono mi talerz z surówką z kiszonej kapusty oraz dwoma ... kołdunami. Próba wyjaśnienia w czym rzecz, spaliła jednak na panewce, gdyż dziewczę od przemieszczania żarcia na trasie kuchnia-stoły, zapłoniło się okrutnie i dało solidnie zbudowaną nogę na zaplecze.
Kilkanaście lat później, podczas kolejnej wyprawy na Suwalszczyznę, wybraliśmy się do Mariampolu na Litwie celem zakupu zacnej ilości ziół w zalewie spirytusowej oraz adekwatnej liczby wędzonych, świńskich uszu do zakąszania powyższych. Lista krótka, więc sprawunki poszły nam niezwykle gracko i mogliśmy udać się na lancz do - położonego w centrum miasta/miasteczka - lokalnego przybytku gastronomicznego, gdzie zamówiliśmy cepeliny (zepelliny), które okazały się, a jakże ... kołdunami.
Lektura materiałów źródłowych o charakterze kulturowo-kulinarnym, uświadomiła mi, że sprawa jest wyjątkowo skomplikowana, a "moje" kołduny kryją się także pod nazwą klinków, litewskich kartaczów, a nawet pyz. Z autopsji wiem, że mogą być nadziewane wołowiną, wieprzowiną, grzybami, jagnięciną itp.. We wspomnianym Mariampolu mieli nawet wegetariańskie, czyli nadziewane twarogiem z czymś tam (Leno pomóż!) z tym, że nawet ta wersja tonęła w ciepłym, płynnym łoju ze skwarkami umajonymi uprażoną szalotką.
Podejrzewam, że już od trzeciego akapitu zastanawiacie się, co mi się stało i dlaczego właściwie o tym wszystkim piszę? No cóż. Po pierwsze dlatego, że nic innego nie przychodzi mi do głowy, gdyż w upały gwałtownie głupieję. Po drugie dlatego, że jestem głodny, a gdy jestem głodny, to (zapytajcie gŁosia!) mówię tylko o jedzeniu. Po trzecie wreszcie, chciałbym oddać hołd niezwykłej, podlaskiej gościnności. Otóż podczas ostatniego pobytu w Kapicach dotarła do mnie poufna informacja, że kilka domów dalej koleżanka Justyna ugotowała kołduny. Widząc moją minę, nieoceniona Majka wykonała błyskawiczny telefon i kilka minut później (choć było już po północy!) wrzecionowate frykasy podsmażały się wraz z naprędce posiekaną cebulą i boczkiem.

PS. Tym, którzy nigdy nie próbowali opisywanego smakołyku, polecam dwa sprawdzone adresy. Pierwszy z nich to "Restauracja pod Jelonkiem" w Jeleniewie http://www.bing.com/, a drugi, to opisywany już w tym blogu, "Bar Jarzębinka" w Supraślu https://pl.tripadvisor.com/Restaurant_Review-g2429752-d8419922-Reviews-Bar_Jarzebinka_Restaurant-Suprasl_Podlaskie_Province_Eastern_Poland.html
PS.2. Standardowa porcja kołdunów/kartaczy/cepelinów itp., to dwie sztuki i wierzcie mi, że nie warto zamawiać więcej. Co prawda na - szeroko pojętym - Podlasiu funkcjonuje prastara legenda o tajemniczym przybyszu, który pojawił się nie wiadomo skąd, zjadł dziewięć kluch i zniknął, ale to tylko ludowa klechda ... chyba.






























Leaderboard