Leaderboard
728x15
Showing posts with label byki. Show all posts
Showing posts with label byki. Show all posts

Przedterminowe rykowisko.


Czy jest coś piękniejszego od głosu byka oznajmiającego światu, że oto posiada swój harem i będzie go bronił do upadłego? Zapewne ci z Was, którzy tego doświadczyli odpowiedzą, że absolutnie nie ma niczego takiego! Nie istnieje nic bardziej pierwotnego i doskonalej wpisującego się w mglisty pejzaż warmińskiego, karpackiego, czy biebrzańskiego wczesnojesiennego przedświtu.
Przyznam szczerze, że kiedyś też tak myślałem. Ba! Upajałem się odgłosami rykowiska, jak – nie uwłaczając nikomu – małorolny degustator sfermentowanym sokiem z owoców jabłoni. Tyle tylko, że pojawił się Ktoś, kto spowodował, że byczy, triumfalny odgłos stał się dla mnie dźwiękiem, którego (przynajmniej aktualnie) organicznie nie znoszę.
Tym Ktosiem jest Iwona, której telefon budzi nas conocnie … rykiem byka właśnie.
W ubiegłych latach zaczynaliśmy interesować się jeleniami dopiero kilka dni przed rykowiskiem. Sprawdzaliśmy znane nam miejsca, trasy którymi poruszają się zwierzęta, behawior lokalnych myśliwych itp.. W tym roku zaczęliśmy zdecydowanie wcześniej, co jest fajne i niefajne zarazem. Fajne, gdyż lubimy kontakt z tą, no … naturą. Niefajne, gdyż w czerwcu świt wykwita nad horyzontem o czwartej nad razem, a jelenie niestety nie mieszkają w naszej kamienicy, tylko nieco dalej i trzeba do nich dojechać. I tu właśnie pojawia się problem. Świt jest o czwartej, czyli trzeba wstać o trzeciej, ale - nie wiedzieć dlaczego - Iwona ustawia budzenie na drugą. To znaczy wiedzieć dlaczego, gdyż jak sama twierdzi, tylko w ten sposób nie zaśpimy, choć ja w tej kwestii mam nieco inne, a wręcz całkowicie odmienne zdanie.
Tak, czy owak dwie godziny po północy zaczyna się … sypialniane rykowisko.
I teraz spróbujcie to sobie wyobrazić! Śnię właśnie o raucie na yacht`cie zacumowanym w greckiej zatoczce pod Ostrołęką. Wokół łodzi uwijają się rajskie gawrony polujące na miododajne dżdżownice, a na pokładzie trwają polinezyjsko-kurpiowskie bachanalia. Fuksjowłosy, trzymetrowy boy zmierza w moją stronę z oszronionym tulipanem bimbru wypełniającego szczeliny pomiędzy kawałkami subsaharyjskiego lodu, orangutan-finansista w półnegliżu proponuje mi objęcie posady nadradcy ds. fotografii przyrodniczej w firmie zajmującej się recyklingiem modelek, a hawajskie panczenistki ze Szwabi grillują synchronicznie gadzią karkówkę i układają małosolne ananasy na alabastrowych talerzykach w kształcie budynku dyrekcji Biebrzańskiego Parku Narodowego ...  
Jest przecudownie, lecz nagle w tę idylliczną nierzeczywistość, jak pradawna asteroida w mamucie trzewia, wdziera się ON, czyli ten nieszczęsny byczy ryk z żoninego smartfona!! Próby obudzenia właścicielki współczesnej wersji trąby jerychońskiej, jak zwykle spełzają na niczym, więc na wpół przytomny sięgam po ten elektroniczny szajs, a że nie znam się na współczesnej technice telekomunikacyjnej miast wyłączyć alarm, wduszam tylko drzemkę. Zasypiam i ponownie wracam na yacht, gdzie z moralnie podupadłymi nornicami tańczę szaleńczego jive`a, by po siedmiu minutach choreograficznie nienagannych wygibasów … ponownie znaleźć się na warmińskiej polanie.
Ta zabawa (o ile oczywiście można nazwać to zabawą!) trwa przeciętnie jakieś pół godziny, po którym to czasie wściekły - niczym jeżyk po spotkaniu z nietoperzem - wstaję, zapalam światło, znajduję wyłącznik alarmu i padam z rozpaczą na łóżko, by jeszcze choć na tych kilkanaście minut dołączyć do - pozbawionych obyczajowych hamulców - gryzonic.
I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że smartfon Iwony posiada niestety funkcję podwójnego budzenia, co oznacza, że po kolejnych siedmiu minutach na sennym yacht`cie pojawia się całkowicie niesenny ... kogut!



























Lipcowa NIEmoc.

        W tym miejscu miał być ciekawy post, ale muszę uczciwie przyznać, że opanowała mnie grafomańska niemoc i to z tych przez duże NIE. Dlaczego? A kto to może widzieć panie dyrektorze … że posłużę się klasykiem. Być może to sprawka znienawidzonego przeze mnie lata, a być może efekt przedziwnej aury, która robi wszystko, żeby podlaskie przysłowie „lipiec lipiec, bo przeplata, trochę tego, trochę tego” nie straciło na aktualności? Przyznaję, że nie mam pojęcia, chociaż pogodowy trop jest chyba najbardziej prawdopodobny o czym świadczy ostatni weekend ... ale po kolei.
       To, że ewolucja bywa daleką od doskonałości, jest – w pewnych kręgach - rzeczą znaną. Nie wierzycie? To przypatrzcie się mrówkojadowi lub aktywności dobowej krajowych zwierząt zwanych – w tych samych kręgach - dzikimi. Jeżeli patrzyliście uważnie, zapewne wychwyciliście, że mrówkojad wygląda, tak jak Wy z pewnością nie chcielibyście wyglądać, a miejscowe zwierzaki z jakiegoś powodu, szczególnie upodobały sobie najgorszy czas, czyli godziny pomiędzy wczesną nocą, a świtem. Dopiero wtedy stają się wyjątkowo frywolne, dużo i bezrefleksyjnie żrą, biegają z celem oraz bez celu, płodzą kolejne zwierzaki i … takie tam. Z naukowego punktu widzenia, głupie to jest bez dwóch zdań, ale co zrobić? Jak mawiał Darwin, jaka planeta, taka ewolucja, więc nie ma się co przejmować!
        Tyle tylko, że Darwin z rzadka fotografował przyrodę, więc mógł sobie mnożyć takie porzekadła do woli. Tym, którzy się tym zajmują, durne nawyki zwierzaków już takie obojętne nie są, gdyż latem - zważywszy na proporcje długości nocy do dnia - jest to ekstremalnie niewygodne. Jak zatem żyć i fotografować w sytuacji, gdy wraca się z porannego terenu i, po dwóch pacierzach dosypki, trzeba iść do pracy? Skąd u licha wiedzieć, jaka będzie pogoda, kiedy każdy portal pokazuje coś innego? Jak rozwiązać problem zakleszczanych ubrań? Kiedy wreszcie stanieje masło? Te i setki podobnych pytań cisną się na usta każdego amatora fotografii przyrodniczej.

       No dobrze, ale co to wszystko ma wspólnego ze - wspomnianymi na początku – niemocą, aurą i ostatnim weekendem? No cóż. Podtrzymuję to, co napisałem na początku. Nie wiem.

PS. Jelenie jeszcze niestety będą, gdyż aktualnie mamy na nie wysoki sezon, podobnie jak na pomidory i fasolkę szparagową. W kolejnym poście zabiorę Was jednak nad Biebrzę, gdyż zostało mi trochę fotek z wiosny, a i od czasu do czasu przyda się jakaś odmiana od warmińsko-mazurskich płowych.
PS.2. W blogu o tym jeszcze nie wspominałem, więc pozwolę sobie wspomnieć. Jeżeli wakacyjne plany zawiodą Was do miejscowości Krutyń, zapraszam na naszą wystawę w Dyrekcji Mazurskiego Parku Krajobrazowego.
























COŚ.


       Myślałem o nich już od jakiegoś czasu, ale nie szukałem ich zbyt aktywnie. Prawdę mówiąc, nie szukałem ich wcale, choć podświadomie wierzyłem, że się spotkamy. 
       Jadąc w niedzielę do Olsztyna mogliśmy wyruszyć kilka minut później lub wcześniej i wybrać każdą spośród kilku dróg. Mogliśmy też - jak to zwykle robimy poza terenem - schować sprzęt do plecaków. Z jakiegoś jednak powodu zdecydowaliśmy się na trasę, którą poruszamy się bardzo rzadko, gdyż nawet latem urąga wszelkim standardom i nie spakowaliśmy aparatów. I właśnie dzięki temu powstały te fotki. To tylko dokumentacyjny zapis pewnego wydarzenia, ale po raz kolejny, przekonałem się, że w fotografii przyrodniczej istnieje COŚ więcej, niż tylko rozsądek, wiedza i doświadczenie.
       











Leaderboard