Leaderboard
728x15
Showing posts with label czapla biała. Show all posts
Showing posts with label czapla biała. Show all posts

Jesienna Biebrza. Odsłona 1/3.

Niech będzie pochwalona Pani Przyroda!
W pierwszych (i ostatnich zarazem) słowach mego postu chciałbym napisać, że żyję, nic złego mi się nie przydarzyło, czego i Wam serdecznie życzę!

PS. Właśnie wróciliśmy znad Biebrzy, więc zgodnie z tradycją tego bloga, powinienem napisać coś o Warmii. Problem jednak w tym, że warmińskie zdjęcia z rykowiska i z czatowni utkwiły w skrajnie opóźnionej postprodukcji, czyli nie mam wyjścia i muszę pozostać przy Podlasiu.
Poniższy, tzw. materiał ilustracyjny, zdominowały dokfotki łosi, czyli przedstawicieli kolejnego gatunku z listy marzeń ludzi, którym ewidentnie przeszkadza cudze życie. Nie chcę jednak poświęcać zbyt dużo uwagi temu ponuremu tematowi, gdyż zdecydowanie lepiej zrobiła to w swoim najnowszym poście Iwona http://glosbagien.blogspot.com/2017/10/polowania-na-osie-juz-wkrotce.html.
Tak na marginesie. Chciałbym z przykrością poinformować, że ten post miał być w założeniu wesoły, rubaszny, beztroski i tchnący - agresywną momentami - miłością do trudów związanych z amatorskim uprawianiem fotografii zwanej przyrodniczą. I zapewne byłby takim, gdyby nie nasz ostatni pobyt na wspomnianym Podlasiu.
To, że fotografia przyrodnicza wspaniałym hobby jest, przekonywać nikogo nie trzeba. No dobrze, mojego brata Mariana ...  tzn. Marcina trzeba, niektórych moich znajomych trzeba, nie wspominając już nawet o moim, nazbyt gadatliwym proktologu, którego też niestety trzeba. Jak się tak gruntownie zastanowić, to trzeba do tego przekonywać jakieś 93,4% otaczających nas ludzi, ale przecież nie o tym jest ten post. Ten post jest o trudach. Trudach związanych ze zdobyciem upragnionej fotki w upragnionym miejscu. Ten post jest o …
… mniejsza z tym. W każdym bądź razie, ostatni weekend spędziliśmy w Dolinie Biebrzy. Co prawda tak szeroko pojętej, że do tej kategorii załapałby się nawet Ustrzyki Dolne, ale jednak. Naszym głównym celem były łosie, a podcelem i podpodcelem, … także łosie, bo niby co innego mielibyśmy spotkać jesienią w tym miejscu? O dziwo, spotkaliśmy jednak nie tylko łośki, ale o tym w następnym poście pod, wiele mówiącym, roboczym tytułem „Gksfme”
Cały problem (i poniekąd wynikające z tego blogowe opóźnienia) w tym, że zamiast gracko i łagodnie połączyć fotografowanie z wypoczynkiem na tzw. łonie, rzuciliśmy się na tę nieszczęsną Dolinę, jak - nie przymierzając - wiewiór-dewiant na młodą leszczynę. Chyba po raz pierwszy w naszej "karierze" wzięliśmy udział w czymś, co - jako żywo - przypominało wycieczkę pn. „Dziesięć stolic w półtorej doby, albo zwracamy pieniądze”, czyli rano fotografowaliśmy łosie nad Jegrznią w południe gęsi na Białym Grądzie, a wieczorem żurawie na narwiańskich noclegowiskach.
Efekty? Fotograficzne jakieś tam pewnie są, ale niestety do listy naszych osiągnięć muszę dodać kręgosłup skatowany, niczym domowe zwierzątko zwyrodnialca, nieokiełznaną chęć zalegnięcia na tydzień w odmętach puchowych piernatów z dala od przyrody i fotografii oraz wstydliwe zmiany skórne będące wynikiem cielesnego obcowania z  wszechobecnymi strzyżakami.

Oczywiście wszystko to wynikało z braku możliwości wyjechania na dłużej, ale tak, czy siak apeluję: nie bierzcie z nas przykładu i gdy okrutny los rzuci Was w objęcia Pani Przyrody, nie zachowujcie się tak, jakby jutra miało nie być.

PS.2. Przepraszam za postowy raptyzm, chaotyzm i niespóizm, ale to ewidentnie pokłosie ostatniego wyjazdu.
























Fotki, czy dokfotki?

       Tym razem bardzo krótko, gdyż pomimo tego, że wstałem o 3.00 i … nigdzie nie pojechaliśmy, czas przecudownie przecieka mi między palcami.
       Poniżej kolejna dawka żurawiowych - tym razem – chyba jednak już fotek. Tak na marginesie, w którymś z kolejnych postów, postaram się wyjaśnić, o co chodzi z tymi „fotkami” i „dokfotkami”, a przynajmniej, jak ja to wszystko pojmuję.
       Ponieważ miało być wstrzemięźliwie, pochwalę się tylko, że zostaliśmy chyba przyjęci do związku, na razie w roli kandydatów. Przyznam, że z jednej strony bardzo mnie to ucieszyło - z drugiej jednak - jestem pewien obaw, zwłaszcza gdy spojrzę wstecz i przeanalizuję swoje - nie najkrótsze już życie - przez pryzmat mojego uczestnictwa w różnego rodzaju grupach.
      Wszystko zaczęło się w przedszkolu, do którego zostałem zesłany w wieku urągającym wszelkim, międzynarodowym kryteriom, normom i konwencjom o chrakterze humanitarnym. To właśnie w tej, pierwszej w moim życiu, placówce opiekuńczo-wychowawczej, dotarło do mnie, że kompletnie nie nadaję się do funkcjonowania w sformalizowanych grupach, co zapewne było przyczyną moich rozlicznych buntów i jednej, ale za to spektakularnej, ucieczki. To, że w ogóle ukończyłem ten poziom edukacji pozostaje wyłącznie zasługą mojego ówczesnego, pozytywnego stosunku do jedzenia i świadomych tego faktu: kierownictwa instytucji oraz Ukochanych Pań Kucharek.
       Potem było harcerstwo, do którego wcielono mnie podstępem z uwagi na brak słuchu muzycznego i od razu skierowano na odpowiedzialny odcinek - bycia zastępowym. Wiem, że brzmi to dziwnie, więc spieszę wyjaśnić. Szkolna druhna drużynowa była jednocześnie nauczycielką muzyki, zastęp składał się z niechętnych resocjalizacji, młodocianych przedstawicieli marginesu społecznego, a ja chciałem mieć dobrą ocenę ze śpiewu. Interes był obopólny i czysty, jak łza podlaskiej prawiedziewicy, ale wszystko zepsuł (jak zawsze) mój antyspołeczny charakter. Koniec końców, zastęp rozwiązano w trybie nagłym, druhna dostała jakąś naganę, a ja - żeby dostać tę, upragnioną piątkę - wykonałem publicznie utwór patriotyczno-wokalny, co śni mi się po nocach do dziś, choć podejrzewam, że eksdruhnie-nauczycielce i reszcie słuchaczy - również.
       Po harcerstwie nadszedł czas kolonii, czyli letniego, zorganizowanego wypoczynku dla nieletnich, poczętych w trudnych, acz interesujących czasach środkowego PRL-u. Przysięgam na Panią Przyrodę, że w owym okresie byłem pełen, jak najlepszych chęci. Puławy, Warszawa i inne - tego typu kurorty – kojarzyły mi się z egzotyką, piosenką i beztroską, wakacyjną atmosferą. I pewnie mogłoby być naprawdę wspaniale, gdyby … nie to moje cholerne, niechętne nastawienie do tego rodzaju, grupowych inicjatyw. Rozpaczliwe listy do rodziców, wzniecanie niepokojów społecznych, biegunka … przyznaję, że chciałem nawet trochę umrzeć!
       Nauczony ponurym doświadczeniem, postanowiłem unikać tego typu sytuacji i zacząłem się świadomie izolować. Kolejne wakacje spędzałem samotnie w matecznikach, w - zapomnianych przez bogów i nietoperze - sztolniach lub – najchętniej – w dołach potorfowych. Niestety! Złośliwy los czuwał i szczuł, więc gdy tylko na chwilę wytknąłem nos z murszu, zaproponowano mi objęcie funkcji szefa Studenckiego Koła Zoologów.
       Nie mam pojęcia, czy był to rezultat przesilenia borowinowego, czy też efekt przypadkowego zetknięcia ze skażonym, sztolnianym stalagmitem, ale propozycję przyjąłem i … tak właśnie zaczął się początek końca wspomnianego Koła na szczęście powstrzymany przez kolejnego pretendenta do zaszczytu. 

       Mam nadzieję, że tym razem będzie inaczej. Jestem już po kilku, refundowanych terapiach, trzech i pół (kiedyś zbiorę się w sobie i wyjaśnię) bolesnych zastrzykach w brzuch i jednym, nie do końca udanym, egzorcyzmie. Wiem, co mam robić podczas antyspołecznego ataku i jak za pomocą biodegradowalnej torebki uspokoić oddech. Będzie dobrze! ... Prawda?






















Elf w bagnie.

Czytając w sieci opisy rozlicznych, fotograficznych przygód przeżywanych pośród łąk, bagien i lasów, można odnieść wrażenie, że większość fotografujących, to niemalże mityczne elfy, bohaterowie opowiadań Turgieniewa i obrazów Fałata lub wręcz pradawni łowcy przemierzający połacie dziewiczych krain. Przyznam, że czasem można się tak poczuć, ale zwykle rzeczywistość daleka jest od opisywanego ideału. Nie zawsze są złote godziny, nie zawsze Pani Przyroda tak chętnie odkrywa swoje tajemnice i nie zawsze my sami jesteśmy w nastroju do patrzenia na otaczający nas świat przez bursztynowe okulary w brzozowych oprawkach. 
Pozwólcie zatem, że ten jeden, jedyny raz przybliżę Wam, jak naprawdę wygląda wyjazd w teren, gdy nic nie wychodzi i daleko jest do bycia Iwanem Siergiejewiczem.

Żeby dojechać na czas muszę wstać o (wyraz niecenzuralny) drugiej trzydzieści. Czasem myślę, że trzeba być całkowicie (wyraz niecenzuralny), żeby opuszczać łóżko w środku (wyraz niecenzuralny)nocy. No, ale skoro już wstałem, to jednak pojadę. Zaspany robię kawę, siorbię pierwszy łyk i … no żesz (wyraz niecenzuralny), jak zwykle!!! Czy ja się kiedykolwiek nauczę wyłączać ten (wyraz niecenzuralny) czajnik, zanim woda zacznie wrzeć?!? Jak jakiś (wyraz niecenzuralny) jenot w marcu płuczę usta zimną wodą, ubieram się, zabieram sprzęt i wychodzę … by po chwili wrócić po kluczyki, których oczywiście nigdzie nie ma! Ludzie! Czy te (wyraz niecenzuralny) klucze, muszą się zawsze gdzieś zapodziać!?! Kilka minut miotam się po całym mieszkaniu i wreszcie odnajduję je pod stolikiem, czyli to ewidentnie wina tego (wyraz niecenzuralny) kota. Docieram wreszcie do auta, wsiadam i jadę. Jest trzecia dwadzieścia, a ja muszę przejechać przez całe miasto. Na szczęście większość świateł pulsuje żółcią, ale niektóre, decyzją jakiegoś (wyraz niecenzuralny) urzędnika, funkcjonują normalnie, więc co jakiś czas stoję przykładnie pod czerwonym, jak ten (wyraz niecenzuralny) jakiś!
       Po drodze nic nie widać, gdyż jest ciemno jak (wyraz niecenzuralny). Na miejsce docieram tuż przed brzaskiem. Wychodzę z auta i od razu pakuję się w mokre, jak (wyraz niecenzuralny), zielsko. Trudno. Podchodzę do bagażnika, żeby wyjąć wodery, otwieram go i w tym momencie w twarz wali mi (wyraz niecenzuralny) namiocik samorozkładający. Oczywiście to moja wina, gdyż nie złożyłem go po pierwszej próbie terenowej. Tylko, jak mogłem to (wyraz niecenzuralny) poskładać, jeżeli nikt na świecie tego nie potrafi?!!! Dłuższą chwilę oddycham przeponowo, wzuwam wodery, zabieram sprzęt, to chińskie coś i ładuję się w trzciny. Rozstawiam namiocik na błotnistym jak (wyraz niecenzuralny) podłożu i przykrywam go siatką. Wkładam głowę i połowę kadłuba (w środku jest bardzo ciasno) do wnętrza, rozstawiam statyw, przymocowuję aparat i pakuję się cały. Siadam, jako tako wygodnie, i chwilę potem, zapadam się po pas w to (wyraz niecenzuralny) mokradło. Prawdopodobnie pod namiocikiem jest jakaś (wyraz niecenzuralny) dziura, a (wyraz niecenzuralny) podłoga (wyraz niecenzuralny) namiociku, jest absolutnie niewodoszczelna. Wydostanie się z tego (wyraz niecenzuralny), gitiowego lochu bez powiadomienia o tym całej okolicy, jest praktycznie niemożliwe, więc postanawiam nic nie robić. I siedzę tak przez trzy (wyraz niecenzuralny) godziny nie robiąc ani jednego zdjęcia, gdyż te (wyraz niecenzuralny) ptaki (wyraz niecenzuralny) się po drugiej stronie rozlewiska.
Być może brzmi to nieciekawie, ale uwierzcie mi! Ja to, mimo wszystko, (wyraz niecenzuralny) uwielbiam, nawet bez tej całej, elfiej otoczki!


PS. Wszystkich, których uraziłem powyższym tekstem, serdecznie przepraszam i obiecuję, że to się nigdy więcej (wyraz niecenzuralny) nie powtórzy!
PS.2. To na razie typowe dokfotki, ale mamy nadzieję, że będzie lepiej.

























       Poniższa dokfotka pokazuje, dlaczego często zdarza się nam wychodzić z czatowni z niczym.  Wystarczy kilka takich nalotów i przed budą pozostaje tylko wodna pustynia pokryta warstewką pierza.


Leaderboard