Leaderboard
728x15
Showing posts with label kwiczoł. Show all posts
Showing posts with label kwiczoł. Show all posts

Wakacyjnie o niczym szczególnym.

       Poniżej, przedostatnia już porcja fotek i dokfotek z wiosennej Doliny. Na kolejne przyjdzie pewnie poczekać, aż do bukowiska, gdyż wcześniej raczej się nad Biebrzę nie wybierzemy.
       Wielokrotnie pisałem o tym, że Dolina jest jedyną w swoim rodzaju. Tyle tylko, że dla kogoś kto lubi fotografować, kanikuła w Krainie Murszu to - mówiąc delikatnie - nienajlepszy pomysł. Pomijam oczywiście widoczki, zwane szumnie pejzażami, gdyż te są zawsze atrakcyjne, ale z całą resztą jest już kłopot. Ptaki, które fotografowaliśmy na wiosennych rozlewiskach, żerują już na warmińskich polderach lub przybędą tu lada chwila. Łosie pozaszywały się w nadrzecznych gęstwach krzewin, gdzie chronione przez wierne oddziały ślepaków, kohorty gzów i dywizjony komarów, czekają na chłodny, jesienny czas gorących, cielesnych swawoli. Zostają jeszcze bocianie sejmiki, ale trafić na nie, nie jest łatwo, gdyż boćki, to nie żurawie, które do odlotu szykują się tygodniami. U bocianów trwa to bardzo krótko. Dzień, dwa i czarno-białe momentami łąki ponownie stają się kolorowe, a o tym, co się na nich wydarzyło, świadczą jedynie – pogubione tu i ówdzie - pojedyncze pióra.
       Oczywiście, piszę wyłącznie o fotografowaniu. Wszystkim, którzy chcieliby spędzić po prostu leniwy urlop nad rzeką w sielskich okolicznościach podlaskiego krajobrazu, polecam taki wyjazd. Przyznam, że sam miałem wielką ochotę oderwać się od pagórów, jeleni oraz obleganych przez turystów jezior i na chwilę zaszyć się gdzieś, gdzie będę mógł zażywać kąpieli, palić ogniska, oddawać się detalicznemu kłusownictwu, pić ciepłe piwo i zimny samogon, czytać kryminały, rozwiązywać jolki, czyli – jednym zdaniem - robić wszystko to, co kojarzy się z latem, wakacjami i totalną labą.
       Niestety nic z tego nie wyjdzie z winy gŁosia, która ku mojemu zdumieniu, oświadczyła, że całe lato chciałaby spędzić na Warmii. Tak, dokładnie! To ta sama osoba, która jeszcze rok temu odmieniała słowo Biebrza przez wszystkie przypadki i to niemalże 24 godziny na dobę. No cóż, widać nie tylko Podlasie ma swoje demony.


PS. Jeżeli zdecydujecie się na biebrzańskie wakacje, musicie pamiętać o tym, że „Dolina Biebrzy”, to baaardzo rozległy obszar, więc warto zawczasu sprawdzić na mapie, gdzie znajduje się wybrane przez Was miejsce. Zawsze też możecie liczyć na nas, gdyż z przyjemnością podpowiemy, co warto zobaczyć, gdzie warto przenocować i zjeść oraz gdzie szukać przewodników, których kwalifikacje przyrodnicze nie sprowadzają się wyłącznie do do ukończenia jakiegoś pseudokursu.





















Paryż Ściany Wschodniej.


Już dwa razy wspominałem o, odnalezionych w czeluściach cyfrowej biblioteki, kilku numerach czasopisma „Regjon Białostocki” z lat `30. Tym razem nie będzie jednak o bagnach, osuszaniu i takich tam. Tego typu prasa, to również kopalnia wiedzy o tym, jak żyli przed wojną mieszkańcy tego zacnego grodu nad Białą.
Ponieważ upał za oknem nie ma zamiaru zelżeć, skupię się jedynie na rzeczach łatwych i przyjemnych, czyli na rozrywce. W połowie lat trzydziestych w Białymstoku działał jeden teatr „Palace” i 3 kina: „Apollo”, „Modern” i „Polonja”. Te ostatnie serwowały repertuar krajowy i, a jakże, zagraniczny. Jeżeli myślicie, że były to nudne ramoty w stylu tych pokazywanych przez pana w ciemnych okularach (czyli Jerzego Janickiego), to się głęboko mylicie. To były filmy z najwyższej półki.
I tak np. kino „Modern” wyświetlało „emocjonujący film erotyczno-sensacyjny (!) <<Pojedynek ze śmiercią>>”, a także „wspaniały film miłosny <<Sztuka życia>>”. Gdybym miał jednak wybierać, to bez wątpienia poszedłbym na film „<<Zaufałam Ci>>, gdyż zaintrygował mnie opis, z którego wynikało, że jest to „dramat młodej i niedoświadczonej dziewczyny, która w chwili szału (!!) zaufała mężczyźnie”. Myślę moje szanowne Czytelniczki, że zdecydowanie powinniście wygrzebać to dzieło z archiwów i obejrzeć, zanim Was same ogarnie wspomniana chwila szału i, nie daj Boże, zaufacie jakiemuś facetowi!
W listopadzie 1934 r. pojawiło się w Białymstoku kino „Gryf” i trzeba przyznać, że swoją działalność rozpoczęło z wysokiego C. Za marne 75 groszy można było obejrzeć „rewelacyjny film, który zadziwił cały świat, twór geniuszu ludzkiego”. Chodzi oczywiście o „Syna King Konga”, który zdaniem redaktora „wstrząsnął nerwami milionów ludzi”. Co ciekawe, „23 metrowa Małpa” została wymieniona na afiszu razem z pozostałymi aktorami.
Ówczesne kina różniły się od dzisiejszych multipleksów, tak jak Podlasie różni się od warszawy. Po pierwsze nie przypominały bezdusznych boksów dla nierogacizny, a po drugie nie zanudzały widza półgodzinnym seansem reklam. Zamiast tych ostatnich, widz mógł zrelaksować się oglądając występy rewiowe! I to jakie?! We wspomnianym „Modernie” można było np. obejrzeć „pożegnalne występy teatru rewjowego <<Wesoły murzyn>>”. Nie wiem, jak Wy, ale ja na coś pod taką nazwą, poszedłbym bez chwili wahania.
Po takiej dawce przedniej, umysłowej rozrywki wypadałoby zabrać partnerkę gdzieś na dancing. Co jednak zrobić, gdy z tańcem u nas nietęgo? Przedwojenny Białystok przewidział i to. Dla tańczących inaczej powstał Salon Tańców Nowoczesnych prowadzony przez profesorkęMarję Andrzejewską. Znamienita ta (jak się domyślam) primabalerina „wyuczała tańczyć stylem angielskim, modnie i elegancko”. Można było przyjść do szkoły samemu, a jeżeli mieliśmy gromadkę, podobnych do nas, łamag, również „w kompletach”. To jednak nie wszystko. Na wypadek, gdybyśmy mieli kłopot z wprowadzeniem partnerki w ognisty piruet, prof. Andrzejewska proponował również „lekcje gimnastyki dla odchudzających się Pań”.
Prawdopodobnie po tym wszystkim każda z białostockich elegantek dałaby się namówić na dokończenie wieczoru w naszej garsonierze. Takie tete-a-tete kończą się jednak różnie i dlatego przewidujący mężczyzna posiadał w portfelu kilka przydatnych adresów. Nie chodziło jednak o lokalnych spowiedników, a raczej o namiary na dr med. A. Adamowicza, dr Leona Kryńskiego, dr M. Kanela i dr J. Walewskiego. Wszyscy oni specjalizowali się w leczeniu niemocy, chorób skórnych, moczo-płciowych i, co najistotniejsze, chorób wenerycznych (co ciekawe innych  anonsów lekarskich w "Regjonie" nie maJ).
I pomyśleć tylko, że gdyby nie wojna, Białystok mógł stać się Paryżem Ściany Wschodniej. Kina, rewie, teatry, dancingi i doskonała opieka weneryczna. Żyć, nie umierać! A na dodatek nad Biebrzę tylko 50 kilometrów!


Łęczak


Perkoz dwuczby z młodocianym pasażerem. Oprócz perkozów zwyczaj przewożenia piskląt na grzbiecie, mają również tracze.


Czajka.


Rycyk (w tle czapla siwa).





Rycyk. To częsty obrazek w Dolinie Biebrzy. Oprócz rycyków kołki uwielbiają również kszyki i rybitwy (np. białoskrzydłe).


Błotniak stawowy (samiec).



Prrzedstawiciel drozdów, czyli kwiczoł.



Mglisty łoś.



Wrona siwa. Jak widać, też kołkiem nie pogardza.
Leaderboard