Leaderboard
728x15
Showing posts with label nature of Warmia and Masuria.. Show all posts
Showing posts with label nature of Warmia and Masuria.. Show all posts

Widoczki z (niestety) ministerialnym dodatkiem.

Tym razem post o czymś, co budziło, budzi i zapewne będzie budzić kontrowersje. Ponieważ jest to blog ocierający się o przyrodę, zapewne domyślacie, że nie chodzi mi o dostęp młodocianych do alkoholu, ale o polowania.
W tym miejscu koniecznie muszę coś wyjaśnić. Jestem z zamiłowania przyrodnikiem, ale nie jestem przeciwnikiem łowiectwa (mięsiarstwa – jak najbardziej!). Nie poluję, ale nie jestem także ekonaiwniakiem, któremu wydaje się, że zdelegalizowanie PZŁ spowoduje, że zwierzątka zaczną żyć w spokoju i wzajemnej miłości. Niestety przyroda, to nie „Sezon na misia”. To wyjątkowo skomplikowany mechanizm z występującymi w nim milionami zależności, a my - kiedyś tam w praczasach - włączyliśmy się w te trybiki i już w nich pewnie pozostaniemy. Czy nam się to podoba, czy nie, staliśmy się drapieżnikami szczytowymi. Nie łudźmy się, że odbudujemy populacje wilka, rysia i niedźwiedzia na wzór tych sprzed wieków, bo nie odbudujemy, a bez nich (a w konsekwencji i bez nas) w przyrodzie dzieje się źle.
Nie o tym jednak chcę napisać.
Ostatnio przez media przetoczyły się dyskusje na temat nowelizacji ustawy „Prawo łowieckie” autorstwa Ministerstwa Środowiska (bo kogóż by innego?). Pomijając wszystko inne, znalazły się w niej zapisy, które dadzą myśliwym prawie całkowite panowanie nad terenami, które wybiorą sobie do polowań.
Weźmy na początek art. 42aa., pkt. 14, zgodnie, z którym zabrania się utrudniania lub uniemożliwiania polowań. Ponieważ (przynajmniej na razie) nie znalazłem prawnej interpretacji tego zapisu, obawiam się, że o tym, czy "utrudniam i uniemożliwiam", arbitralnie zadecyduje sam łowca, a mi pozostanie jedynie poniesienie zasłużonej kary. Innymi słowy, jeżeli pójdę sobie do lasu (teoretycznie państwowego, czyli teoretycznie również mojego) i jednocześnie na ten sam pomysł wpadnie myśliwy, to z nas dwóch, problem mam tylko ja. Wystarczy bowiem, że myśliwy nie trafi w leżącego w ściółce, dogorywającego ze starości dzika, a zaraz potem w oddali dojrzy moją osobę, to wina jest oczywiście moja, bo zapewne utrudniłem! Prawdopodobnie gdyby nie moja obecność, dzik z litości sam doczołgałby się na linię strzału, podświetliłby flarą własną komorę i już byłoby co powiesić nad kaloryferem … tzn. nad kominkiem.
Dużo ciekawszy jest jednak zapis dotyczący właścicieli terenów, na których mogą odbywać się polowania. Art. 27b. 1. głosi: „Właściciel lub użytkownik wieczysty nieruchomości wchodzącej w skład obwodu łowieckiego może wystąpić do sądu powszechnego z wnioskiem o ustanowienie zakazu wykonywania polowania na tej nieruchomości, uzasadniając to swoimi przekonaniami religijnymi lub wyznawanymi zasadami moralnymi”. Tak się składa, że jestem współwłaścicielem spłachetka ziemi z cudzą amboną na miedzy. Czyli za chwilę, zgodnie z ww. nowelizacją, jeżeli nie zechcę, żeby polowano na mojej ziemi, będę musiał wystąpić w tej sprawie do sądu powszechnego. Tam wystąpić! Powinienem wystąpić tak, żeby od początku było wiadomym, że występuję w kontekście religijnym (i moralnym zarazem!). Jednym słowem, nie wystarczy, że przywdzieję swoje, niedzielne ubranko! Myślę, że powinienem wyglądać, jak zwarta, jednoosobowa delegacja na Sobór Trydencki. Nie od rzeczy byłoby także, gdyby przede mną, na salę sądową, wkroczyli heroldowie, odczytując z pergaminów, wyssaną z palca, listę moich wewnętrznych praw moralnych. Oczywiście da się to wszystko zrobić. Szaty wypożyczy się z teatru, kadzidła zakupi na Allegro, a na heroldów zrobi się casting wśród lokalnych, ławkowych kiperów. Pytanie tylko - w imię czego - mam to robić? Dlaczego, to my, małorolni - właściciele lub użytkownicy wieczyści - musimy gdzieś łazić, występować, deklarować i, na dodatek, robić z siebie pseudoreligijnych fanatyków? 
A teraz już poważnie. Żyję na tym świecie już kilkadziesiąt lat i w zasadzie nic nie powinno mnie dziwić. Tak się niestety złożyło, że się jednak dziwię. To wszystko, o czym napisałem, wyczynia bowiem ministerstwo, które w nazwie ma „Środowisko”. Tak, to to samo ministerstwo, które chce wycinki części Puszczy Białowieskiej (bo korniki), rozważało zniesienie moratorium na łosie (bo jest ich podobno za dużo) i zmianę podejścia do ochrony wilków (bo są, atakują i, jeszcze na dodatek, jedzą mięso).

Ja to wszystko nawet rozumiem. Chciałbym tylko, żeby nie robiono z nas idiotów. Zamieńmy po prostu "Ministerstwo Środowiska" na „Ministerstwo Łowiectwa” i wszystko będzie proste i jasne.
 PS. Na zdjęciach – widoczki. Tak dla uspokojenia.


















Święta, święta i po rykowisku.


To już ostatni odcinek mikroserialu pt. „Rykowisko”. Nie poświęciliśmy mu (temu rykowisku, znaczy się) zbyt wiele czasu, gdyż natrafiliśmy na kilka innych, interesujących zjawisk przyrodniczych, a internet i tak jest zawalony jeleniami. Poza tym skupianie całej uwagi na jednym, jedynym gatunku, jest zwyczajnie nudne. Tak, czy siak było nieźle, żeby nie napisać, że było super fajosko (Tu zagadka: Kto i w jakim … (nie, to byłoby za łatwe), używał tego ..., nazwijmy to, sformułowania?).
Swoją drogą, tegoroczne randkowanie jeleniowatych, uświadomiło nam, że co, jak co, ale w tej zabawie, wabienie ma jednak kolosalną przyszłość. Być może, emitowanie odzwierzęcych onomatopei, nie zbawi tego Świata, ale paru płowych wyciągnie z krzaków, zdecydowaną większość solidnie skonfunduje, a nam znowu uda się coś tam pstryknąć. Przyznaję, że na razie jesteśmy w wabieniowym żłobku, ale uczymy się pilnie i nawet czasem coś tam nam wyjdzie w - przenośnym i dosłownym - tego słowa znaczeniu. Co prawda, w przeszłości niepotrzebnie obiecałem, że postaram się nie hańbić nazwiska, publiczną wokalizą, ale z drugiej strony, kto mnie tam w lesie słyszy.
Nie o tym jednak jest ten post. Tradycyjnie nie mam zamiaru opisywać naszych przygód, nawet tych rykowiskowych. Jeżeli jesteście ich ciekawi, zajrzyjcie do Iwony (glosbagien.blogspot.com).
Ponieważ spędziliśmy ostatnio kilka dni na podchodzeniu tych, co skaczą, zjadają las i ryczą, zacząłem zastanawiać się nad tym, co daje i co odbiera, fotografowanie w tandemie.
Swoim starym, prapodlaskim zwyczajem, zacznę od narzekania, czyli od wypunktowania minusów takiego podejścia do fotografii przyrodniczej. A zatem:

A. Fotografowanie w duecie, to często manie prawie takich samych zdjęć. Oczywiście może to być również pozytyw, zwłaszcza w przypadku, gdy jednej osobie zdjęcia nie wyszły lub w tajemniczy sposób zniknęły z dysków (na szczęście do tej pory nie mieliśmy tego typu sytuacji).
B. Dwie osoby w terenie, to konieczność dzielenia się. Miejscem, z którego lepiej widać zwierzaka, sprzętem, "Pasztetem Babuni" (swoją drogą, współczuję wnusiowi tej staruszki) itp. To także niekończące się kłótnio-dyskusje na temat wyboru miejsca i pory fotografowania, obiektu, sposobu poruszania się po terenie, umiejscowienia czatowni, kondycji polskiego kina, ligowej piłki itp.
C. Trzeba pamiętać, że dwie osoby, to podwojona kubatura (choć akurat w naszym przypadku, raczej popółtorniona). Oznacza to, że zwierzaki mają dużo większą szansę na wizualne wyłowienie nas z mgły, zaś budowane przez nas czatownie, z konieczności, miewają metraż zbliżony do domku jednorodzinnego.
D. Wysypianie się w weekendy. Tego w fotograficznym tandemie nigdy nie uświadczysz. Zawsze ktoś jest wypoczęty, ma ochotę jechać w teren, więc tak długo marudzi, że ochota na sen mija bezpowrotnie (w odróżnieniu od ochoty na zabójstwo w afekcie).

A teraz tandemowe plusy:

A. W fotograficznym duecie nie słyszy się tekstów typu: "No i gdzie znowu wstajesz, tłuczesz się po nocy i światło wypalasz? Znowu na te głupie ptaszki jedziesz? Mamusia jednak miała rację!". Nie, tego nie ma. I to nie, że raczej. Po prostu, nie ma!
B. Duet, to zdwojone ja, czyli zdublowana liczba oczu, uszu, nozdrzy i porów w linii bocznej, a więc dwa razy większa szansa na wypatrzenie, wysłuchanie, wywęszenie i wyczucie czegoś ciekawego do pstryknięcia.
C. Czasem zdarza się, że w trudniejszym terenie coś pójdzie nie tak. Mam np. na myśli sytuację, gdy siedzi się wygodnie po pas w błocie trzymając nad głową aparat, a dookoła nie ma niczego, czego można by się złapać. Oczywiście można poczekać do świtu, gdy w pobliżu pojawi się pierwszy kłusownik, ale równie dobrze można poprosić o podanie monopodu.
D. Każdy, kto kiedykolwiek budował czatownię wie, że dwie najważniejsze kwestie, to czas i precyzja. Krótko mówiąc, trzeba to robić szybko i - jednocześnie - dokładnie. Indywidualne konstruowanie bud jest oczywiście w 100% wykonalne (przykładem na to są chociażby zdjęcia Grażyny Ciechanowskiej - http://warmiapieknajaksen.blogspot.com/ i Pawła Figlanta na FB). Kiedy jednak będziecie to robić na noclegowisku żurawi w deszcz (nie wiem dlaczego, ale zawsze stawiamy budy w słotę), dysponując czasem w wymiarze zaledwie kilku pacierzy (podpowiedź do zagadki), docenicie dodatkową parę chwytnych odnóży górnych.

Gdy jesteśmy w terenie, równie często zdarza nam się spotykać samotników, jak i duety. Ba! Zdarza nam się obserwować fotograficzne tercety, a nawet septety i oktety. Ja akurat wiem, co jest dla mnie najlepsze, ale Wy tę kwestię rozsądźcie sami.




























Leaderboard