Leaderboard
728x15
Showing posts with label roe deer. Show all posts
Showing posts with label roe deer. Show all posts

Opowiastka o klusze.

Tym razem biebrzańska fotkomieszanka na szybko. W następnych odcinkach pojawią się rycyki, potem coś tam z Warmii, a w dalszej kolejności rybitwy białoskrzydłe, rzeczne widoczki i te no … dywizjony.
Nie o ptakach jest jednak ten post tylko o jedzeniu na Podlasiu, a zwłaszcza o jednej potrawie, która występuje pod kilkoma nazwami i w kilkunastu, choć nie mogę wykluczyć, że i w kilkuset wersjach.
Kiedy byłem mały, rodzice samolubnie oddawali się pracy zawodowej, a mnie oddawali pod opiekę starszej wiekiem sąsiadki, która jako jedyna w całej Biebrzy, zgodziła się zaryzykować i przyjmować mnie pod swój dach na kilka godzin dziennie. Podobno byłem mało znośny (w odróżnieniu od mojego brata Mateusza), ale miałem jedną, wyjątkową zaletę, dosyć rzadko spotykaną w mojej, ówczesnej grupie wiekowej. Byłem mianowicie wyjątkowo pazerny na jedzenie, czyli, jak mawiają na Wschodzie - żarty. Pochłaniałem wszystko, co mi podawano w dowolnych ilościach i o dowolnej porze. Nie pamiętam oczywiście wszystkich potraw, którymi tuczyła mnie moja nieszczęsna opiekunka, ale dwie zapadły mi w pamięć do dziś. Był to mianowicie tzw. grzybek, czyli baaardzo gruby naleśnik z jakąś konfiturą i … kołduny. I o tych ostatnich jest właśnie ten post.
Kiedy pytam Niepodlasian o kołduny, praktycznie zawsze odpowiadają, że są to pierożki z baranim farszem, które zalewa się rosołem. Tymczasem kołduny, którymi zajadałem się w Biebrzy były ziemniaczanymi kluchami wypełnionymi mięsnym farszem i polanymi szczodrze tłuszczem ze skwarkami tudzież zarumienioną cebulą. I tu właściwie powinna kończyć się ta średnio fascynująca historia, gdyby nie fakt, że ćwierć wieku później w jakiejś knajpie pod Suwałkami zamówiłem nieznaną mi wówczas potrawę, która w karcie figurowała pod nazwą kartacze. Jakież było moje zdziwienie, gdy po kwadransie czekania dostarczono mi talerz z surówką z kiszonej kapusty oraz dwoma ... kołdunami. Próba wyjaśnienia w czym rzecz, spaliła jednak na panewce, gdyż dziewczę od przemieszczania żarcia na trasie kuchnia-stoły, zapłoniło się okrutnie i dało solidnie zbudowaną nogę na zaplecze.
Kilkanaście lat później, podczas kolejnej wyprawy na Suwalszczyznę, wybraliśmy się do Mariampolu na Litwie celem zakupu zacnej ilości ziół w zalewie spirytusowej oraz adekwatnej liczby wędzonych, świńskich uszu do zakąszania powyższych. Lista krótka, więc sprawunki poszły nam niezwykle gracko i mogliśmy udać się na lancz do - położonego w centrum miasta/miasteczka - lokalnego przybytku gastronomicznego, gdzie zamówiliśmy cepeliny (zepelliny), które okazały się, a jakże ... kołdunami.
Lektura materiałów źródłowych o charakterze kulturowo-kulinarnym, uświadomiła mi, że sprawa jest wyjątkowo skomplikowana, a "moje" kołduny kryją się także pod nazwą klinków, litewskich kartaczów, a nawet pyz. Z autopsji wiem, że mogą być nadziewane wołowiną, wieprzowiną, grzybami, jagnięciną itp.. We wspomnianym Mariampolu mieli nawet wegetariańskie, czyli nadziewane twarogiem z czymś tam (Leno pomóż!) z tym, że nawet ta wersja tonęła w ciepłym, płynnym łoju ze skwarkami umajonymi uprażoną szalotką.
Podejrzewam, że już od trzeciego akapitu zastanawiacie się, co mi się stało i dlaczego właściwie o tym wszystkim piszę? No cóż. Po pierwsze dlatego, że nic innego nie przychodzi mi do głowy, gdyż w upały gwałtownie głupieję. Po drugie dlatego, że jestem głodny, a gdy jestem głodny, to (zapytajcie gŁosia!) mówię tylko o jedzeniu. Po trzecie wreszcie, chciałbym oddać hołd niezwykłej, podlaskiej gościnności. Otóż podczas ostatniego pobytu w Kapicach dotarła do mnie poufna informacja, że kilka domów dalej koleżanka Justyna ugotowała kołduny. Widząc moją minę, nieoceniona Majka wykonała błyskawiczny telefon i kilka minut później (choć było już po północy!) wrzecionowate frykasy podsmażały się wraz z naprędce posiekaną cebulą i boczkiem.

PS. Tym, którzy nigdy nie próbowali opisywanego smakołyku, polecam dwa sprawdzone adresy. Pierwszy z nich to "Restauracja pod Jelonkiem" w Jeleniewie http://www.bing.com/, a drugi, to opisywany już w tym blogu, "Bar Jarzębinka" w Supraślu https://pl.tripadvisor.com/Restaurant_Review-g2429752-d8419922-Reviews-Bar_Jarzebinka_Restaurant-Suprasl_Podlaskie_Province_Eastern_Poland.html
PS.2. Standardowa porcja kołdunów/kartaczy/cepelinów itp., to dwie sztuki i wierzcie mi, że nie warto zamawiać więcej. Co prawda na - szeroko pojętym - Podlasiu funkcjonuje prastara legenda o tajemniczym przybyszu, który pojawił się nie wiadomo skąd, zjadł dziewięć kluch i zniknął, ale to tylko ludowa klechda ... chyba.






























Jesienna Biebrza. Odsłona 1/3.

Niech będzie pochwalona Pani Przyroda!
W pierwszych (i ostatnich zarazem) słowach mego postu chciałbym napisać, że żyję, nic złego mi się nie przydarzyło, czego i Wam serdecznie życzę!

PS. Właśnie wróciliśmy znad Biebrzy, więc zgodnie z tradycją tego bloga, powinienem napisać coś o Warmii. Problem jednak w tym, że warmińskie zdjęcia z rykowiska i z czatowni utkwiły w skrajnie opóźnionej postprodukcji, czyli nie mam wyjścia i muszę pozostać przy Podlasiu.
Poniższy, tzw. materiał ilustracyjny, zdominowały dokfotki łosi, czyli przedstawicieli kolejnego gatunku z listy marzeń ludzi, którym ewidentnie przeszkadza cudze życie. Nie chcę jednak poświęcać zbyt dużo uwagi temu ponuremu tematowi, gdyż zdecydowanie lepiej zrobiła to w swoim najnowszym poście Iwona http://glosbagien.blogspot.com/2017/10/polowania-na-osie-juz-wkrotce.html.
Tak na marginesie. Chciałbym z przykrością poinformować, że ten post miał być w założeniu wesoły, rubaszny, beztroski i tchnący - agresywną momentami - miłością do trudów związanych z amatorskim uprawianiem fotografii zwanej przyrodniczą. I zapewne byłby takim, gdyby nie nasz ostatni pobyt na wspomnianym Podlasiu.
To, że fotografia przyrodnicza wspaniałym hobby jest, przekonywać nikogo nie trzeba. No dobrze, mojego brata Mariana ...  tzn. Marcina trzeba, niektórych moich znajomych trzeba, nie wspominając już nawet o moim, nazbyt gadatliwym proktologu, którego też niestety trzeba. Jak się tak gruntownie zastanowić, to trzeba do tego przekonywać jakieś 93,4% otaczających nas ludzi, ale przecież nie o tym jest ten post. Ten post jest o trudach. Trudach związanych ze zdobyciem upragnionej fotki w upragnionym miejscu. Ten post jest o …
… mniejsza z tym. W każdym bądź razie, ostatni weekend spędziliśmy w Dolinie Biebrzy. Co prawda tak szeroko pojętej, że do tej kategorii załapałby się nawet Ustrzyki Dolne, ale jednak. Naszym głównym celem były łosie, a podcelem i podpodcelem, … także łosie, bo niby co innego mielibyśmy spotkać jesienią w tym miejscu? O dziwo, spotkaliśmy jednak nie tylko łośki, ale o tym w następnym poście pod, wiele mówiącym, roboczym tytułem „Gksfme”
Cały problem (i poniekąd wynikające z tego blogowe opóźnienia) w tym, że zamiast gracko i łagodnie połączyć fotografowanie z wypoczynkiem na tzw. łonie, rzuciliśmy się na tę nieszczęsną Dolinę, jak - nie przymierzając - wiewiór-dewiant na młodą leszczynę. Chyba po raz pierwszy w naszej "karierze" wzięliśmy udział w czymś, co - jako żywo - przypominało wycieczkę pn. „Dziesięć stolic w półtorej doby, albo zwracamy pieniądze”, czyli rano fotografowaliśmy łosie nad Jegrznią w południe gęsi na Białym Grądzie, a wieczorem żurawie na narwiańskich noclegowiskach.
Efekty? Fotograficzne jakieś tam pewnie są, ale niestety do listy naszych osiągnięć muszę dodać kręgosłup skatowany, niczym domowe zwierzątko zwyrodnialca, nieokiełznaną chęć zalegnięcia na tydzień w odmętach puchowych piernatów z dala od przyrody i fotografii oraz wstydliwe zmiany skórne będące wynikiem cielesnego obcowania z  wszechobecnymi strzyżakami.

Oczywiście wszystko to wynikało z braku możliwości wyjechania na dłużej, ale tak, czy siak apeluję: nie bierzcie z nas przykładu i gdy okrutny los rzuci Was w objęcia Pani Przyrody, nie zachowujcie się tak, jakby jutra miało nie być.

PS.2. Przepraszam za postowy raptyzm, chaotyzm i niespóizm, ale to ewidentnie pokłosie ostatniego wyjazdu.
























Leaderboard