Leaderboard
728x15

Drugie spotkanie z Włodzimierzem Puchalskim.

Large Rectangle
       Wielokrotnie, czyli jakieś dwa-trzy razy, wspominałem już w tym blogu o Włodzimierzu Puchalskim. Jego postać jest dla mnie szczególnie ważna, gdyż gdyby nie On, prawdopodobnie pozostałbym przy pasywnym obserwowaniu przyrody i nigdy nie sięgnąłbym po aparat. Oczywiście wiem, że mnóstwo osób stwierdzi natychmiast, że szkoda, że tak się nie stało, ale cóż. Jest, jak jest i tyle.

       Zostawmy jednak ten nieprzyjemny dla nas wszystkich temat i wróćmy do Puchalskiego. Pisałem już kiedyś, że posiadam wszystkie Jego albumy, łącznie z tymi, które ukazały się już po Jego śmierci na Wyspie Króla Jerzego. W czasach tzw. młodości wertowałem je godzinami, a w szczególności te poświęcone Biebrzy i Narwi. Potem jednak pojawili się kolejni fotografowie i kolejne wydawnictwa, na tle których stare albumy Puchalskiego zaczęły wyglądać mocno archaicznie. Czarno-biała fotografia, papier, którego dziś nie użyto by nawet do wyłożenia skrzynki z węglem i poligrafia jak ze szczenięcych lat Gutenberga. Jeszcze później dotarły do nas wydawnictwa zachodnie, aż w końcu dotarliśmy do epoki dokumentów kręconych w technologii HD. Oczywiście ktoś inny na moim miejscu napisałby, że pozostał wierny Mistrzowi i precz odrzuciwszy szatański blichtr, do dziś spędza wszystkie, zimowe wieczory z kubasem nalewki i naręczami albumów Pana Włodzimierza. Ja jednak nie chcę łgać (nie tym razem) i uczciwie napiszę, że stare albumy trafiły na dolne półki i tylko od czasu, do czasu zdarzało mi się do nich zaglądać. Traf jednak chciał, że ponownie wróciłem do twórczości Puchalskiego, a wszystko to za sprawą, jak zawsze, przypadku.
       
       Grzebiąc w sieci w poszukiwaniu czegoś skrajnie nieprzyzwoitego, jakimś cudem, natknąłem się na wzmiankę o książce Tomasza Ogrodowczyka pt. "Werki Włodzimierza Puchalskiego", czyli opracowaniu zawierającym bogaty zbiór zdjęć i innych materiałów przedstawiających Artystę od tzw. "kuchni". 



       Zaciekawiło mnie to do tego stopnia, że porzuciłem niecne praktyki (czasowo!) i zajrzałem na stronę wydawcy, czyli OR-WLPwB. Oprócz wspomnianych "Werków", znalazłem tam również tzw. "Zieloną Serię", czyli cztery reedycje albumów Puchalskiego. To akurat nie było dla mnie niespodzianką, gdyż pozycje te funkcjonują na rynku już od jakiegoś czasu, ale jakoś nigdy nie korciło mnie, żeby im się bliżej przyjrzeć. Jako, że "Werki" nabyć chciałem, a ceny nie były (i nadal nie są) zbyt wygórowane (14,99), postanowiłem nabyć na próbę także jedną z nich, czyli debiutanckie "Bezkrwawe łowy". Kupiłem, poczekałem na umyślnego, otworzyłem album i ... nie poznałem tego, co - wydawać by się mogło - znałem niemalże na pamięć! Zdjęcia wyglądają bowiem tak, jakby zrobiono je może nie dziś, ale przedwczoraj na pewno. Warto wspomnieć, że w ramach bonusu, do albumiku dołączono płytę, na której aktorzy niekoniecznie serialowi, czytają teksty z oryginalnego wydania. Powiadam Państwu, PEREŁECZKA!
       


       Polecam gorąco tę serię, choć interes mam w tym żaden. Polecam także zrekonstruowane cyfrowo filmy autorstwa Puchalskiego. Jeżeli ktoś nie zna jeszcze jego twórczości, będzie miał szansę ją poznać, a tych którzy znają ją z praczasów zapewniam - będziecie ukontentowani tak, jak ja! 

PS. Link do sklepu: http://www.bing.com/

PS. 2. Wiem, że znowu ...























Banner