Leaderboard
728x15

Grzybowa histeria narodowa.

Large Rectangle
       Pogoda nie dopisywała, więc porzuciliśmy na jakiś czas żurawiową czatownię i zajęliśmy się znacznie wygodniejszym i - przede wszystkim - nie wymagającym tyle światła, pstrykaniem jeleniowatych. Fotki poniżej, to dokumentacyjny zapis tego, co dzieje się pobrzeżach lasu zwanego marketingowo - Puszczą Napiwodzko-Ramucką. Jak widać, to jeszcze zdecydowanie nie to, ale pierwsze ryki i tak napełniły nasze trzewia pierwotną radością.
         Tyle tylko, że ten post nie jest o jeleniach, a o grzybach.
Dawno, dawno temu, czyli w czasach studenckich, brałem udział w inwentaryzacji mazurskich żółwi błotnych. Polegało to z grubsza na tym, że przez dwa tygodnie codziennie stawialiśmy kilkanaście żaków na pewnym rozlewisku, co chwila kontrolując ich zawartość w poszukiwaniu rzeczonego gada. Jako, że byliśmy dziewicami na niwie tego typu działalności, cały proceder od strony merytorycznej nadzorował pewien badacz, zaś od strony technologicznej, miejscowy kolektyw kłusowniczy, któremu obiecano amnestię oraz udział w rybach, które również wpadały we wspomniane żaki. Kilkanaście sieci, to już mały PGRyb, zatem po kilku dniach, kłusownicze magazyny zaczęły pękać w tzw. szwach, entuzjastyczny – początkowo - popyt zdechł, a nasi mistrzowie zaczęli przeklinać okoliczną ludność, która zapchawszy jelita rybim białkiem, odmawiała zakupu tegoż po cenach, które nawet północnokoreańscy ekonomiści określiliby, jako dumpingowe. Zdrowy rozsądek nakazywałby w takiej sytuacji zaprzestania pozyskiwania nowego towaru i wypuszczania wszystkich, jeszcze żyjących ryb z powrotem do wody. Zdrowy rozsądek, to jednak jedno, a zapisana w naszych genach potrzeba zbierania, łowienia, gromadzenia, przetwarzania, to zdecydowanie drugie, trzecie i czternaste i ... w tym właśnie miejscu dotarliśmy do naszych grzybów. 
       Ostatni weekend, tak jak napisałem na wstępie spędziliśmy, nieco przymusowo, w lesie. Wyjeżdżając po piątej z miasta, zwróciliśmy uwagę na to, że zazwyczaj pusta o tej porze droga, usłana była zaparkowanymi na poboczach samochodami. W pierwszej chwili pomyślałem, że efekt obławy na zmotoryzowanych uchodźców, ale majaczące w półmroku sylwetki objuczone wiadrami, koszami i plastikowymi reklamówkami z wizerunkiem tzw. bożej krówki, uświadomiły mi, że byłem w błędzie. To nie była żadna obława! To było GRZYBOBRANIE! Grzybobranie, czyli nasz trzeci, po piłce nożnej i imieninach, sport narodowy. 
       Przyznam, że kompletnie nie rozumiem tego amoku, który ogarnia nas, gdy tylko pierwsze, nieśmiałe kapelusze pojawią się wśród wrzosów, mchów i puszek po Tatrze i Harnasiu. Od tego momentu wszystko inne schodzi na plan najdalszy z możliwych i liczą się tylko one: prawdziwki, podgrzybki, kołpaki, kanie (zwane na Podlasiu - sowami), kurki, czerwone kozaki (czyli pociechy), rydze, opieńki, gąski (aka zielonki), a nawet huby i, co mniej trujące, sromotniki. Gdzie nie pójdziemy, wszyscy rozmawiają o grzybach, sposobach ich przyrządzania i przechowywania. Wchodzimy do windy, a tam sąsiad z IX peroruje o wyższości dzikiego boczniaka nad rydzem. Stoimy sobie spokojnie w kolejce do chirurga szczękowego, a wokół nas trwa zawzięta, jak - nie przymierzając -  obrona Monte Cassino, licytacja: "my z moją to dwieście prawdziwków w dwie godziny", "teściowa (niech jej ziemia lekką będzie) w zeszłym roku nacięła z trzysta i to takich w sam raz do octu", "szwagier przywiózł nam wczoraj spod Biłgoraja dziesięć wiader samych kapeluszy, bo myślał ku..., że ..." itd. Albo wreszcie, wchodzimy do sklepu wielkopowierzchniowego, a tam w każdym wózku, jak nie suszarka do grzybów, to przynajmniej kilka zgrzewek słoików, wielopak octu i mieszek gorczycy. Pomyślałem sobie, że gdyby jakiś obcokrajowiec (lub kosmita) posłuchał i zobaczył to wszystko, to mógłby odnieść wrażenie, że Polacy jedzą tylko i wyłącznie grzyby, piją wywar z grzybów, ubierają się w koszuliny utkane z suszonych grzybów i mieszkają w domkach w kształcie grzyba z grzybem na ścianie.
       Może ktoś mi, tak łaskawie wyjaśni, po co nam tyle tych grzybów?! Przecież tak naprawdę konsumujemy je tylko kilka razy do roku, czyli w Wigilię i gdy kolega przyjdzie do nas z wódką, czyli ... jednak częściej, niż kilka razy, ale i tak w dalszym ciągu rzadziej, niż np. takie ptifury. Czy nie wystarczy nam zatem kilka grzybków w ocet i kilkanaście na susz?! 
       Otóż nie! Nie wystarczy! My Słowianie już tacy jesteśmy, że jak ryba bierze, to łowimy tak długo, aż przestanie, a wszystko to, co złapiemy - myk do wora i do domu. Jak jest wysyp, to połowa z nas bierze urlop, druga połowa idzie na L4 i wydzieramy z poszycia wszystko, co się da z grzybnią i ponazistowskim niewybuchem włącznie. A to, że później wywalimy część łupów do kosza, bo się zestarzały i nikt ich nie chce? A to już inna bajka, którą opowiem, gdy tylko uporam się z czyszczeniem sterty borowików, które przywieźliśmy z wyjazdu na ... teoretycznie jelenie.

PS. Post zawiera lokowanie produktów.

























Banner