Leaderboard
728x15
Showing posts with label świstun. Show all posts
Showing posts with label świstun. Show all posts

Porad kilka, czyli dwie.

Fotografuję przyrodę dopiero od kilku lat, ale przebywaniem na jej łonie i obserwacją tegoż (ponownie uprasza się o zaniechanie skojarzeń), param się niemalże od pacholęctwa. Jak zapewne zauważyliście, chętnie dzielę się swoimi przyrodniczymi i okołoprzyrodniczymi doświadczeniami, czego kolejnym dowodem jest ten post. Ufam, że dzięki poniższym poradom uda Wam się skutecznie ominąć rafy i mielizny czyhające wśród mrocznych lasów, zdradzieckich moczarów i podstępnych łąk i pożeglować ku przyrodniczo-fotograficznej doskonałości. Co prawda poruszałem już podobne tematy w kilku poprzednich postach, ale fotografia przyrodnicza jest tak dynamicznie rozwijającą się odmianą rzemiosła, że to, co było aktualne przed rokiem, dziś już takim być nie musi.
Zapraszam zatem do lektury.

Odzież.

Wiele osób sądzi, że fotografia przyrodnicza wymaga używania odzieży, która sprawi, że staniemy się niewidoczni dla zwierzaków. Nie mam pojęcia skąd wzięło się to przeświadczenie, ale - wybaczcie - jest to absolutna nieprawda, powielana zwłaszcza przez początkujących. Doświadczony fotograf wie, że odzież powinna być przede wszystkim ... modna. Mokradło, łąka, czy las to nie - za przeproszeniem - jakiś bal maturalny, czy inny raut w ambasadzie, gdzie można pokazać się w byle szmacie. W kontaktach z Naturą należy zadbać o szyk i elegancję, a nie o to, czy nas widać, czy nie. Poza tym, nawet w dziczy bez przerwy spotykamy innych ludzi: przyrodników, leśników, kłusowników, niedoinformowanych partyzantów, ekshibicjonistów itp. Jeżeli zatem nie chcecie być tematem złośliwych przytyków, ani też antygwiazdą internetu - zadbajcie o wygląd. Jeżeli w danym sezonie topowym kolorem jest np. fuksja, to zapomnijcie o woodlandach i marpatach, tylko wybierzcie coś właśnie w tym kolorze. Jeżeli Lasocki lansuje sztyblety, to je po prostu kupcie, precz odrzucając trywialne wodery. Pamiętajcie również o tym, żeby przed wyjściem w teren obdzwonić znajomych fotografów z pytaniem, w jakiej kreacji będą przemierzać leśne ostępy, czy też torfowe łąki, gdyż nic tak nie popsuje Wam dnia, jak spotkanie osoby ubranej w te same ciuchy. 
Oczywiście może się zdarzyć, że z uwagi na różnice w czasie, trendy modowe zmienią się np. nocą, a jedyny butik w Waszej, szemranej dzielnicy otworzą dopiero kilka godzin po brzasku. Zawsze wtedy możecie ratować się nieśmiertelną klasyką, czyli w przypadku panów - czarnym garniturem, zaś pań - popielatą garsonką. Zapewniam, że w ten prosty sposób zyskacie sobie szacunek przyrodniczego półświatka, a Wasze zdjęcia zaczną wreszcie zdobywać nagrody na prestiżowych konkursach fotograficznych w Nowym Jorku, Mediolanie i w Paryżu.


Prowiant.

Planując fotograficzną wyprawę musicie być przygotowani na to, że spędzicie w terenie kilka lub niekiedy nawet kilkanaście godzin. Tak długi czas wymaga, abyście pomyśleli o jedzeniu na wynos. I to jest kolejny, ważny czynnik, który pozwala odróżnić amatora od zawodowca. Ten pierwszy pakuje bowiem do plecaka termos z herbatą, kilka kromek chleba z serem i wędliną i jest przekonany, że wszystko gra. Owszem gra, pod warunkiem jednak, że planuje się wyjście po fajki do kiosku pod domem, a nie eksplorację biebrzańskich starorzeczy. W tym drugim przypadku zabranie ze sobą pajdy wczorajszego baltonowskiego z półpętkiem zwyczajnej, to nic innego, jak proszenie się o kłopoty. Musicie pamiętać, że prowiant jest, obok sprzętu fotograficznego, dobrej książki i podręcznego zestawu kowalskiego, jednym z kluczowych elementów ekwipunku, wpływających na efektywność naszego wyjścia w plener. Dlatego też zadbajcie o to, by Wasz posiłek był prawidłowo zbilansowany i jednocześnie urozmaicony. Oczywiście warunki i pakowność turystycznej lodówko-zamrażarki nie pozwolą Wam na jakieś ekstrawagancje, ale kilka podstawowych produktów bezwzględnie musi się w niej znaleźć! Co zatem należy zabrać? Przede wszystkim pieczywo. Chleb pszenny biały, żytni oraz wieloziarnisty. Do tego kilka bułek na zakwasie, ze trzy rogale lub - opcjonalnie - tort. Naturalnie do pieczywa dorzucacie osełkę masła, margarynę i dzbanuszek domowego smalcu z gęsi. Teraz mięso, czyli Wasze podstawowe źródło energii. Jeżeli planujecie spędzić w plenerze tylko jeden dzień, powinno Wam wystarczyć kurczę na zimno, dwie średniej wielkości golonki tylne-prawe, pałka krakowskiej suchej, baleron z cielęcia, tatar, pół tuzina jaj po wiedeńsku oraz zupa (może być żur). My dzień wcześniej przygotowujemy jeszcze kilka miseczek galantyny, ale nie jest to bezwzględnie konieczne. Jako, że w chłodziarce nie pozostało już zbyt dużo miejsca, nabiał i warzywa możecie potraktować nieco po macoszemu, czyli zabieracie kilka zaledwie gatunków sera twardego, salaterkę tłustego twarogu, odrobinę maślanki, kobiałkę ogórków gruntowych, pomidory zwykłe i koktajlowe (do ozdobienia sałatki), rukolę oraz kaszę gryczaną. Do tego dochodzą oczywiście jeszcze napoje. Kawa, herbata, kwaśne mleko i naturalnie - odrobina samogonu ze świeżo wyciśniętych ziemniaków. 
I tyle. Zachęcam do lektury kolejnych postów z tej serii, dzięki którym dowiecie się w jakiej fryzurze najlepiej wygląda się na torfowisku niskim, jak położyć terakotę w czatowni, po co są ptaki i dlaczego nie wolno patrzeć kleszczom w oczy?




















Dlaczego nie ma filmów o ornitologach?


Teoretycznie od przedwczoraj mamy kalendarzowe lato, choć odnoszę wrażenie, że ta pora roku zaczęła się już gdzieś pod koniec lutego. Co prawda w dalszym ciągu część meteorologów i inny –ogów twierdzi, że te anomalia pogodowe, to nic innego, jak tylko przejściowe trudności, ale chyba jednak czas przyznać, że tzw. globalne ocieplenie staje się faktem.
Na bing.com (http://bing.com/1,75400,20251805,pierwszy-gatunek-ssaka-wymarly-przez-globalne-ocieplenie.html) (odpierając wiadome zarzuty dodam, że tę informację można znaleźć również na bing.com, w Wikipedii, na bing.com itp.) przeczytałem, że odnotowano już pierwszy przypadek wymarcia gatunku ssaka, bezpośrednio powiązany z ociepleniem klimatu. Chodzi tu o niejakiego szczurzynka koralowego - australijskiego endemitę, który zamieszkiwał jedną z wysepek u wybrzeży tego kontynentu. Naukowcy są zdania że to, wywołane ociepleniem, podniesienia się poziomu wód otaczających wyspę, doprowadziło do zniszczenia siedlisk lub wręcz zatopienia wszystkich przedstawicieli tego gatunku. Przyznam, że choć nazwa zwierzaczka nie jest mi szczególnie miła, zrobiło mi się jakoś nieswojo. Nie dlatego, że - jak podejrzewam - jestem następny w kolejce (jako uczulony na upały, a nie jako endemita!), ale dlatego że na naszych oczach, science fiction zaczyna zmieniać się w science i  to kosztem, Przyrodzie ducha winnego, szczurzynka!
Przepraszam za ten przydługi wstęp. Post jest w założeniu o ornitologach w kinematografii (a raczej o ich braku), ale temperatura za oknem samoistnie wypociła ze mnie tych parę zdań.
Wracam zatem do ornitologów i filmu. Pomyślałem sobie kiedyś, że niezależnie od epoki, dzieciaki najchętniej czerpią wzorce życiowe z szeroko pojętych mediów i nie ma znaczenie, czy były to malowidła naskalne, czy akutualnie jest to internet. Kiedyś (czyli bardzo, bardzo dawno temu), gdy mieszkałem jeszcze na Podlasiu, TVP od czasu do czasu raczyła emitować zagraniczne produkcje filmowe. Wiekszość z nich kompletnie nas nie interesowała (bo kto z Was chciałby w tym wieku oglądać "Przeminęło z wiatrem"?), ale już na takiego np. Tarzana z Johnnym Weissmuller`em w roli głównej, czekaliśmy z bolesną niecierpliwością. Zaraz po seansie, zbieraliśmy się wszyscy pod dębem, który rósł w centrum miejscowości i zaczynała się zabawa w człowieka z dżungli. Każdy chciał był Tarzanem, nawet za cenę połamania rąk i nóg. Nie nauczycielem, nie szewcem i nie cybernetykiem (młodszym wyjaśniam, że to taki średniowieczny informatyk), ale właśnie Tarzanem lub w ostateczności jego małpą Beta. To samo z resztą było po filmach o Zorro, o Winetou, po Czterech Pancernych, a nieco później, po Brusieli.
Dlatego właśnie pomyślałem, że fajnie byłoby, gdyby któraś z wytwórni filmowych (byleby tylko nie polska) nakręciła film o przygodach Ornitologa. Ale nie jakiegoś ciamajdy z brodą i lornetką, tylko Ornifajtera z krwi, osocza i, twardych, jak Ojcowska Maczuga Herkulesa, tricepso-kości. Takiego, co to i ptaka rzadkiego wypatrzy i wrednemu handlarzowi ar nakopie do (za przeproszeniem) dupy. 
Bo przecież czegoś takiego, na filmowym rynku, praktycznie nie ma, a być powinno! Pomijając film "Wielki rok" (ale tam również ornitolodzy, to raczej ofermy) praktycznie niczego więcej, z heroptasiarzem w roli głównej, nie znalazłem. No dobrze, są archaiczne "Psy wojny" z Christopherem Walkenem, ale,  po pierwsze, epizod ornitologiczny trwa tam bardzo krótko, a po drugie grany przez tego aktora bohater nie jest ornitologiem prawdziwym. Jest "Ptasiek" Alana Parkera, ale to przecież film nie o megaornitologu, ale o postwietnamskim kłopocie i jest "Kes", który co wrażliwsze jednostki doprowadzi do permanentnej (i pewnie dziedzicznej) depresji. Śliwką na biszkopcie byłyby zapewne polski film z 1958 r. pt. "Orzeł", ale to akurat jest zmyłka, gdyż ten film nie traktuje o królu padliny, a o okręcie podwodnym w mało ornitologicznych okolicznościach II Wojny Światowej.
Reasumując, myślę sobie, że gdyby coś jednak takiego nakręcono, byłaby to szansa na to, że szeregi ornitologów zasililiby nowi, ambitni adeptów. Chciwi sławy i spektakularnych dokonań na niwie zoologii. Rządni mołojeckiej, ptasiarskiej sławy, a nie tylko wielopunktowych publikacji. Wbrew pozorom to nie jest takie głupie. Podobno po wejściu do kin "Poszukiwaczy Zaginionej Arki" drastycznie zwiększył się nabór na kierunki związane z archeologią, a po Doktorze House`ie - na medycynę.
Tymczasem z braku laku, polecam fragment filmu pt, "Rewizja osobista" . Może nie końca traktuje o ornitologii, ale na filmowym bezptasiu i Maklakiewicz - orłan! https://www.youtube.com/watch?v=u3PnB2uYD90.                                      

PS. Oczywiście czujny czytelnik natychmiast zauważy brak w tej mikrowyliczance "Ptaków" Hitchcocka. Tyle tylko, że po obejrzeniu tego dzieła, skutek będzie raczej odwrotny. Nie wierzę bowiem, żeby oglądanie ptaszydeł znęcających się nad ludźmi, zachęciło kogokolwiek do wyjścia w teren. Jedyne czego można oczekiwać po takim seansie, to wzmożonej awizofobii lub w skrajnych wypadkach nawet alektorofobii połączonej z pteronofobią.

PS.2. Wracając jeszcze na chwilę do globalnego ocieplenia. Jeżeli jest nam za ciepło, bierzmy przykład z kaczek.  Siedzą w chłodnej wodzie, jedzą niskokaloryczne zielsko i są szczęśliwe!


Cyraneczka (już po przepierzeniu, więc i szata skromniejsza)


Cyraneczki


Cyranka


Pani gągołowa z przychówkiem.


Jesienny świstun.


Krakwa.


Gągoły.


Krakwa (góra i dół).



Pan krzyżówka.


Płaskonos jesienią.


Płaskonos (też z resztą jesienią).


Rożeniec (jeden z wiosennych symboli Biebrzy).


Krzyżówka.



Kaczy savoir-vivre. Przepływające obok siebie kaczki zwyczajowo oddają sobie salut. Ta tradycja pochodzi jeszcze z czasów Wielkiego Imperium Kaczego rozciągającego się na terenach dzisiejszego powiatu grajewskiego (4 w.p.n.e).


Migawki z terenu XV.



Ostatnio, po raz kolejny zastanawiałem się, co jest najważniejsze w uprawianiu zwierzęcej odmiany fotografii przyrodniczej? Co musi się stać, żeby powstało w miarę przyzwoite zdjęcie, będące odrobinę czymś więcej, niż tylko dokumentacyjnym układem pikseli?

Najłatwiej byłoby stwierdzić, że wszystko zależy od posiadanej wiedzy przyrodniczej, doświadczenia, wychodzonych terenogodzin, sprzętu itp. To wszystko prawda, ale nie do końca. Przecież podstawową wiedzę można przyswoić dość szybko, a doświadczenie zdobyć przebywając jak najczęściej w przyrodzie. Bądźmy szczerzy. Podchodzenie zwierzyny nie jest, aż tak trudne, jak usiłują nam wmawiać niektórzy fotografujący, a już na pewno nie trzeba parać się tym latami, ani tym bardziej urodzić się w rodzinie podlaskich kłusowników. Ktoś, kto zaczyna eksplorować teren, dosyć szybko zorientuje się, że wystarczy jako taka znajomość terenu, dobry wiatr i do takich np. jeleniowatych można zbliżyć się, bez problemu, nawet w stroju klauna. Tak było (wyłączywszy klaunie przebranie) z sarnami widocznymi na zdjęciach, czy z jeleniami z poprzednich postów. Fakt, trochę gorzej jest z ptakami. W odróżnieniu od ssaków, to przede wszystkim wzrokowcy i dlatego najczęściej konieczne są różnego rodzaju ukrycia, choćby nawet w postaci samochodu.

Skoro zatem nie tylko wiedza, doświadczenie i sprzęt, to co jeszcze? Myślę, że to jest po prostu mieszanina przypadku i szczęścia. Niedawno Paweł Figlant (tu mógłby być adres bloga, ale Paweł jest leniwy i ogranicza się do FB) opowiadał mi o ekipie z National Geographic, która przyjechała nad Biebrzę w celu sfilmowania wilków. Najlepsi na świecie fachowcy, wspomagani miejscowymi tropicielami, spędzili w terenie miesiąc, wykładali padlinę, objechali Dolinę sto razy i … figa z makiem. Nie dość, że nie zrobili filmu, to na dodatek nawet rzeczonych wilków nie widzieli. A tymczasem, co jakiś czas, na wspomnianym Facebook`u ktoś, często przypadkowy, te wilki pokazuje.

I dlatego właśnie fotografia przyrodnicza jest naszą największą pasją. Mamy wiedzę, doświadczenie i sprzęt, ale nigdy nie wiemy, co nas spotka, gdy wyruszamy w teren. Może wrócimy z kwitkiem, a może sfotografujemy coś szczególnego. I to jest właśnie najpiękniejsze. I niech już tak będzie zawsze!




















Leaderboard