Leaderboard
728x15
Showing posts with label crane.. Show all posts
Showing posts with label crane.. Show all posts

Wrzesień - Ogólnopolskim Miesiącem Podsumowań.

Wiem, że do Sylwestra zostało jeszcze trochę czasu, ale skoro niedościgniony i nieśmiertelny Dariusz Szpakowski może podsumowywać mecz w 65 minucie, to i ja mogę publicznie zastanowić się na tym, jaki był ten rok i nieważne, że ciągle mamy wrzesień. Uprzedzam jednak, że żadnej chronologii w tym poście nie znajdziecie.
Jako NadMag Pesymizmu, Cesarzowa Marudzenia, Papież Czarnowidztwa i Generalissimus Utyskiwania, zacznę oczywiście od minusów, a było ich niemało. Przede wszystkim rozlewisko. Ten sezon był najgorszym ze wszystkich. Mało tego! Był tak zły, że - jako taki - powinien spoczywać w Sevres, tuż przy wzorcu metra, jako przykład najgorszego czasu do fotografowania ptactwa wodnego (poza jednym wyjątkiem)! Albo nie było wody, albo – tak, jak teraz – jest jej zdecydowanie za dużo. Jednym słowem najpierw ptaki nie miały gdzie żerować, a teraz gdzie przystanąć. Co ciekawe działo się tak, pomimo tego, że od ubiegłego roku rozlewiskowa stacja pomp stała się własnością PTOP-u, czyli teoretycznie można było oczekiwać, że sytuacja hydrologiczna wreszcie się unormuje.
Kolejna kwestia, czyli wiosenna Biebrza. Miało być super, ale ze względu na względy klimatyczne, organizacyjne i – przede wszystkim - demograficzne, było tak, jak było, choć nurzania się w wielobarwnych czeluściach ekstensywnie potraktowanych łąk, raczej nie zapomnę.
Następna porażka, to gęsi, których nie zastaliśmy tam, gdzie zawsze, a przynajmniej nie było ich na Warmii. Niestety, Wspólna Polityka Rolna UE czyni opłacalnymi co bardziej egzotyczne rośliny, a że nasi rolnicy zasmakowali w coraz szybszych i coraz droższych traktorach, gęsi ominęły nasze prastare, pruskie ziemie i poleciały tam, gdzie wzrok i WPR nie sięgają, czyli do - nieznanych nam z nazwy - Ukrytych Krain, w których w dalszym ciągu rośnie przaśna i - nafaszerowana przepysznym glutenem - kukurydza.
Rykowisko. Ponieważ pisałem już o nim w poprzednim poście, nie chcę się powtarzać i nadmienię tylko, że bywało lepiej, a już bez wątpienia mniej krwawo.
Żołny. Mieliśmy fotografować je w maju, ale ponieważ jesteśmy uczuleni na tłok i nie lubimy stać w kolejkach do nor, odpuściliśmy sobie tę gratkę, choć muszę uczciwie przyznać, że w mojej agnostycznej duszy coś, w dalszym ciągu, skowyczy.

A teraz dobre strony 2017 roku.

Przede wszystkim rozlewisko. Wreszcie po roku starań udało się nam dopaść żurawie na noclegowisku, a że pogoda o dziwo dopisała, coś tam pstryknęliśmy.
Wiosenna Biebrza, choć mało ptasia, zaoferowała nam wreszcie łosze z nowo narodzonymi łoszakami, czego do tej pory skąpiła pokazując w zamian jakieś bataliony i inne, przereklamowane barachło.
Styczniowy wyjazd na żubry, który wreszcie się udał, czyli były żubry i był arktyczny wyż, a więc wszystko to, co w przyrodzie najlepsze. Oczywiście nie zrobilibyśmy tych zdjęć gdyby nie życzliwi ludzie z tamtych stron, czyli Jarek i Michał.
I to byłoby na tyle. Oczywiście mógłbym ciągnąc te listy w nieskończoność (zwłaszcza tę pierwszą), ale nikt nie płaci mi za przynudzanie. Poza tym będzie ku temu okazja, gdy w lutym będę podsumowywał kwiecień z 2013.


PS. Poniżej kilka odnalezionych fotek z lata. Oczywiście wiem, że mamy już jesień (poznałem po grzybach), ale lojalnie uprzedzałem, że ten post jest achronologiczny. Kolejne będą już bardziej aktualne (jelenie, żurawie i takie tam), choć - jak zwykle - nie wszystkie.




























Migawki z terenu XVIII.


No dobrze. Pobawiliśmy się trochę w Afrykę i starczy! Niech ktoś wreszcie wyłączy to ogrzewanie! Albo włączy największe wentylatory, jakie uda się znaleźć na rynku! Lub deszczownie! A może istnieje techniczna możliwość przyciągnięcia jakiegoś lodowca? Mamy przecież podobno jakieś okręty, które rdzewieją w tajnych portach wojennych, więc wreszcie mogłyby się na coś przydać. Szybki wypad na północ, takiż rzut harpunem w lód i z powrotem do kraju. Zacumowalibyśmy górę lodową gdzieś na Zalewie Wiślanym i temperatura ciupasem spadłaby o kilka stopni, a na dodatek w olsztyńskich klepach pojawiłaby się zdrowa i pożywna foczyna. Przepraszam, wiem że bredzę, ale 33 w cieniu, to nie mój habitat klimatyczny. Chociaż ta foczyna … No dobrze, jednak bredzę!
Ten weekend postanowiliśmy spędzić w lesie, naiwnie sądząc, że na takie upały nie ma nic lepszego, niż cień i leśny, orzeźwiający zefirek. To samo musiały pomyśleć chyba także strzyżaki, gdyż kiedy w piątek wieczorem zameldowaliśmy się pod Pasymiem, były już na miejscu wraz z liczną rodziną i kolegami z wojska. Bylibyśmy niemalże w komplecie, gdyby nie fakt, że zefirkowi coś wypadło i nie dojechał. No cóż. Taka równikowa karma. Nie było co prawda tak źle, jak pewnego wrześniowego popołudnia w nadbiebrzańskich lasach, ale za dobrze - też raczej nie. Chociaż z drugiej strony, jak tak się mocniej zastanowić, to jednak strzyżaki wyszły na tym spotkaniu zdecydowanie gorzej, niż my. Po naszej stronie może i byli ranni, ale zabitych – nie było.
Upał, strzyżaki, jakaś - nieznana nam - niższa forma życia biologicznego żyjąca w symbiozie z quadem, no i my. Jednym słowem, mało strawny konglomerat dla jeleniowatych i dzików. I pewnie dlatego te pierwsze i te drugie zaległy w czeluściach tzw. puszczy, gdyż potrzebowaliśmy i opisywanego wieczoru i następnego poranka, żeby pstryknąć to, co poniżej.
Swoją drogą, takie fotografowanie ma coś w sobie z bokserskiego klinczu. Z jednej strony spocony jak śp. szczurzynek, ledwie dyszący człowiek z aparatem, a z drugiej … tak samo dyszący i spocony jeleń. I jedno i drugie ma dosyć, więc stają na przeciw siebie w pełnej rezygnacji. Człowiek niby fotografuje, jeleniowaty niby pozuje, ale i jeden i drugi wiedzą, że to bez sensu i lepiej byłoby wypić zimne piwo w jakimś, przyjemnym dla ciała i umysłu, bajorku.
Nie wiem, jak jelenie, ale my wczoraj postanowiliśmy urzeczywistnić to, o czym napisałem. Spędziliśmy kilka godzin w leśnym jeziorze fotografując ważki (o tym w następnym poście), popływaliśmy, pogadaliśmy trochę z przygodnie spotkanym rowerzystą i wróciliśmy do Olsztyna tuż przed burzą.
Mam nadzieję, że jelenie postąpiły dokładnie tak samo i wkrótce z nowymi siłami, znowu spotkamy się w lesie. PS. Znowu jest gorąco!






















Międzypost, czyli ponownie o ptakach, liczbach i ... żurawiach.


     Wiem, że żurawie pokazywałem już wielokrotnie, ale to że są w dzisiejszym poście, wynika z trzech przyczyn. Po pierwsze bardzo je lubię, po drugie nie bardzo mam co zrobić z tymi zdjęciami, a po trzecie,  zwróćcie uwagę, że ostatnio praktycznie ich nie widać. Dzieje się tak dlatego, że są już po lęgach i wodząc tzw. marchwiaki starają się być niewidzialne. Dodatkowo okres lęgowy to jednocześnie czas częściowego lub całkowitego pierzenia się tych ptaków, więc jako nieloty, schodzą nam z drogi.
      W ostatnim poście napisałem o zmniejszaniu się krajowej populacji kulika. Nie jest jednak tak, że ta tendencja odnosi się do wszystkich gatunków, jak czasem twierdzą niedouczeni pseudoekolodzy. Dobrym przykładem, o czym kiedyś już pisałem, jest właśnie żuraw, który w Polsce systematycznie zwiększa swoją liczebność.
      Plusem w kontekście ptaków jest to że, według najnowszych danych, nasza rodzima awifauna jest dużo bardziej bogata, aniżeli miało to miejsce w praczasach. Liczba gatunków stwierdzonych w Polsce wynosi aktualnie 451 (na całym świecie - 10094), z których 230 to gatunki lęgowe, a reszta to ptaki przelotne lub zalatujące. Tymczasem źródła historyczne podają, że w XVI w. doliczono się w kraju 147 gatunków ptaków, a w wieku XIX – 318. Oczywiście dane te należy traktować z lekkim przymrużeniem oka i wziąć solidną poprawkę na liczbę obserwatorów, sprzęt, wymianę informacji, raczkujący internet itp..
     Jak wynika z artykułu „Ocena liczebności populacji ptaków lęgowych w Polsce w latach 2008-2012” (Ornis Polonica 56, 2015) łączna liczebność ptaków lęgowych w kraju wynosi ok. 94 milionów. To kolejny plus, gdyż ta liczba odpowiada populacjom w Niemczech i w Wielkiej Brytanii (a nawet jest nieco większa). Minusem jest natomiast to, że niemal połowa z tych milionów, to zaledwie 9, najbardziej pospolitych gatunków (m.in. skowronek - 10 mln par, zięba - 8 mln, czy wróbel - 6 mln), zaś setka najrzadszych, to w sumie zaledwie 0,12%.
     Czego zatem nam przybywa, czego ubywa, a co zniknęło bezpowrotnie (?) z terenu Polski?

Progres:m.in. łabędź krzykliwy, gęgawa, krakwa, grzywacz, sierpówka, mewa srebrzysta, rybitwa rzeczna, czapla biała, bielik, puchacz, sóweczka, puszczyk, prawie wszystkie dzięcioły, żołna, dudek, sokół wędrowny, pleszka, paszkot, czyż, trzciniak, kruk, kopciuszek.

Regres:m.in. cyranka, płaskonos, głowienka, czernica, cietrzew, głuszec, przepiórka, perkoz rdzawoszyi i zausznik, turkawka, łyska (?!), prawie wszystkie łąkowe siewkowe (rycyk, krwawodziób, czajka itp.), myszołów, błotniak łąkowy, rybołów, kraska, droździk, dzierzba czarnoczelna.
Przestały gnieździć się w Polsce: m.in. perkoz rogaty, ogorzałka, drop, kulon, bekasik, rybitwa wielkodzioba i popielata, błotniak zbożowy, raróg, krzyżodziób sosnowy, orzełek, nagórnik.

Zaczęły gnieździć się w Polsce: m.in. czapla nadobna, szczudłak, szablodziób, bernikla kanadyjska, gęsiówka, mandarynka (trzy ostatnie gatunki to osobniki kiedyś introdukowane, a następnie zdziczałe)

     Jak wynika z powyższego, sytuacja ptaków w Polsce jest mocno zróżnicowana. Część zniknęła, część zmniejszyła swoją populację, a część umocniła swoją pozycję, zwiększając jednocześnie zasięg występowania. Cieszy, że są też gatunki, które zmieniły status z zalatujących na lęgowe i na (prawie) dobre zadomowiły się w naszym kraju.














Leaderboard