Leaderboard
728x15
Showing posts with label czajka. Show all posts
Showing posts with label czajka. Show all posts

The Power of More.


Kiedy wczoraj wieczorem wychodziłem z czatowni, pomyślałem sobie, że gdyby zajrzał do niej ktoś postronny, to stwierdziłby niechybnie, że to nasze, stałe miejsce zamieszkania. Nawet nie dlatego, że osoba ta może widywać nas na rozlewisku prawie codziennie, ale dlatego, że w trakcie tych paru czatowań, zgromadziliśmy tam całkiem pokaźną liczbę przedmiotów. I o tym właśnie jest dzisiejszy, krótki post.
         Dawno, dawno temu, przeczytałem artykuł o Ludziach-Minimalistach, dla których ideałem jest posiadanie, jak najmniejszej liczby rzeczy. Ojcem duchowym tego ruchu jest niejaki Leo Babauta, zaś Biblią - jego książka pt. „The Power of Less”. Nie, nie zamierzam opisywać tej, skądinąd interesującej, ideologii (jeżeli kogoś to zaciekawi, odsyłam do artykułu: http://www.bing.com/wysokie-obcasy/1,80530,12207198,Zminimalizowani__Malo_przedmiotow__duzo_swobody_.html?disableRedirects=true), tylko zastanowić się nad samym, fotograficznych rzeczy, posiadaniem.
Fotografia przyrodnicza, to przyroda, jeszcze raz przyroda i ... niestety sporo gratów. Żeby to unaocznić, poniżej zamieściłem listę tego, co znajduje się w naszym samochodzie, podczas większości wyjazdów w teren:

1.   Aparaty + obiektywy +   telekonwertery + wężyki + filtry.
2.   Utensylia do pielęgnacji ww.
3.   Zapasowe karty pamięci i akumulatorki.
4.   Plecaki do noszenia ww.
5.   Laptop + czytnik kart + dysk zewnętrzny + mapy + atlasy do rozpoznawania ptaków.
6.   Zapasowy komplet ciuchów (bo przymusowe kąpiele, kleszcze i zimno).
7.   Monopody + statywy +   głowice do ww.
8. Siatki maskujące (kilka różnych) + szaliki snajperskie + parasol maskujący.
9. Siatki ogrodnicze (takie coś plastikowe sprzedawane na metry, co można wykorzystać do budowy przedniej ściany czatowni).
10.Opaski zaciskowe (do kabli elektrycznych) do łączenia patyków i przymocowywania chabazi + drut + sznurek.
11. Maczeta (genialny sprzęt do cięcia gałęzi, wycinania trzciny i zielska, oraz  porcjowania ... różnych rzeczy) + toporek (ten znaleziony nad Biebrzą) do ogniskowego opału.
12. Łopat(k)a (do śniegu i piachu).
13. Latarki (czołowe i inne).
14. Ładowarki samochodowe.
15. Namiot do spania + przenośna czatownia.
16. Maty samopompujące i karimaty + śpiwory (polecam demobil) + wełniany koc + poduszki pompowane.
17.Świece (a dokładnie - wkłady do zniczów, bo tanie i kto wie do czego to ma się ostatecznie przydać) + podpałka w płynie.
18.Gumowce + wodery + jakieś zapasowe buty.
19. Repelenty (dużo różnych) + apteczka + gaz pieprzowy (na dziki:)).
20.Termosy + zestaw (maszynka, kartusze i naczynia) do gotowania + grill jednorazowy + woda + coś kalorycznego (np. likiery:)) + rzeczy osobiste, gdy wyjeżdżamy na trochę dłużej.

         Nie jest oczywiście tak, że po przyjeździe na miejsce ładujemy sobie to wszystko na plecy i pogwizdując wesoło ruszamy w teren. Po pierwsze nie mamy wytrzymałości muła, a po drugie nie wszystko jest nam potrzebne w danej, konkretnej sytuacji. Wielokrotnie jednak przekonaliśmy się, że brak którejś z ww. rzeczy, prędzej czy później, wyszedłby nam bokiem, gdyż złośliwy los tylko na to czeka. Przykłady można by mnożyć w nieskończoność, poczynając od nieplanowanych noclegów w aucie, poprzez nieplanowane kąpiele w bagnie, po planowaną (lub nie) budowę prawie każdej z naszych budek.
        Jeżeli będziecie czytać wspomniany przeze mnie artykuł, zerknijcie na pierwsze zdjęcie. O ile dobrze zrozumiałem, przedstawia ono cały dobytek pewnego fotografa. Nie mam pojęcia, jakim cudem ten człowiek jest w stanie żyć i na dodatek wykonywać swój zawód, ale jeżeli jest, to cholernie mu zazdroszczę.
       













       

O zwierzętach dobrych i złych.


Od czasu do czasu lubię poszperać w starych wydawnictwach. Oczywiście nie posiadam biblioteki na wzór Eco, ale na szczęście w sieci jest coraz więcej bibliotek cyfrowych, w których można znaleźć skany prawdziwych perełek.
         Tym razem natrafiłem na zacną pozycję autorstwa nieocenionego Zygmunta Glogera, pt. „Zabobony i mniemania ludu nadnarwiańskiego tyczące ptaków, płazów i owadów”. Niewielka ta książeczka, to jeden z efektów studiów antropologicznych, prowadzonych przez Autora na Podlasiu w latach 1865-1875.
Jak wynika z lektury, dzielny lud znad Narwi nie dzielił zwierzaków na te dobre i na te złe, gdyż nie było to takie proste. Weźmy na początek drób domowy. Pianie koguta w nocy było dobrym znakiem, gdyż - co oczywiste - odbierało moc diabłu. Z drugiej jednak strony było powszechnie wiadomym, że czarcia moc wpływała pozytywnie na poziom produkcji nieśnej miejscowych kur. Tu jednak pojawiał się mały problem, gdyż rogaty głupi nie był i za friko mocą nie szastał. Jedynym rozwiązaniem była więc łapówka. Dlatego właśnie, jedna ze znanych Glogerowi znawczyń agrobiznesu, „corocznie gotowała cichaczem tłustą jajecznicę z połowy kopy jaj i w nocy stawiała (…) na słupie od wrot”. Widziano potem, jak „szatan przybywał w postaci psa czarnego i przysmak chciwie pożerał”.
Podobna sytuacja miała miejsce w przypadku jaskółek i kukułek. Te pierwsze likwidowały dokuczliwe owady (czyli dobrze), ale wystarczyło, że przeleciały nad krową i ta natychmiast dawała mleko z krwią (czyli źle). Kukułka działała podobnie. Z jednej strony informowała o terminie zamążpójścia, czyli chyba dobrze. Z drugiej jednak wystarczyło, żeby przestała kukać w trakcie recytowania zwyczajowego wierszyka i chciwa chłopa panna miała przechlapane. W najlepszym przypadku groziło jej staropanieństwo, a w najgorszym – śmierć! Dodatkowo kukułka negatywnie wpływała na plonowanie leszczyny (gdy zakukała przed pojawieniem się liści na drzewach – można było zapomnieć o orzechówce) oraz na stan zdrowotny rogacizny. Wiadomym było, że gdy „kukawka zakukała” nad krową, bydlę w trymiga zapadało na jakieś choróbstwo i często opuszczało ziemski padół.
Wyłącznie w samych superlatywach wypowiadano się nad Narwią o bąku (ptaku!). W XXI w. o cenach na rynkach produktów rolno-spożywczych decyduje cała masa czynników o charakterze makro- i mikroekonomicznym. W opisywanych przez Glogera czasach nie zawracano sobie jednak głowy takimi bzdurami. Doświadczony, XIX-wieczny makler nie bawił się w żadne analizy, tylko w letni wieczór maszerował na skraj trzcinowiska i nasłuchiwał buczenia bąka. Liczba bucznięć (nie mam pojęcia, jak to nazwać) oznaczała bowiem cenę (w złotych), jaką osiągnie pod koniec roku „ćwirć” korca zboża, czyli 32 litry ziarna!
Pozytywnymi stworzeniami były także ropuchy i muchy. Te pierwsze w czasie suszy przywoływały deszcz (wystarczyło przywiązać je za nogi przy płocie i spokojnie zaczekać na zadziałanie ropuszej mocy), a ich mocz łączył na powrót „rozsiekane w kawałki jaszczurki” (swoją drogą nieźle się wtedy na tym Podlasiu zabawiano). Muchy wykorzystywano natomiast do leczenia jęczmienia na oku. W tym celu trzeba było „rozdartą” muchę położyć „w przeciwne ucho” i narośl znikała. O dziwo sympatią darzono również pająki ("gdy pająk po kim łazi, dobra dla tej osoby wróżba"), a nawet węże, których "zabijać nie godzi się, tak jak wszelkich gadów niejadowitych" (chodziło chyba o zaskrońce). Nie lubiano za to niedźwiedzi, gdyż „jeżeli niedźwiadek uroni mocz swój na ciało ludzkie, to będzie się ono padać, czyli jątrzyć”. Tak na marginesie, szkoda, że Gloger nie podał genezy tego twierdzenia, gdyż w XIX wieku miśków nad Narwią, nie było.
Nie chcę przedłużać, więc kończę pierwszą część tej opowieści. Mam jednak pewną propozycję. Chciałbym Was mianowicie zachęcić do przeprowadzenia ciekawego eksperymentu naukowego, dzięki któremu dowiecie się, skąd na świecie biorą się pchły. Zainteresowani? No to świetnie! Musicie teraz zaopatrzyć się w butelkę, trociny oraz wypić kilka piw (w ostateczności może być mleko). Już? To teraz wsypcie trociny do butelki, hojnie polejcie je moczem i starannie zakorkujcie. Teraz wystarczy już tylko zakopać flaszkę w ziemi i „po kilku dniach odkopana zawierać będzie moc pcheł”.
Zachęcam, żebyście otworzyli butelkę podczas jakiejś rodzinnej uroczystości. Gwarantuję, że śmiechom i żartom nie będzie końca, a Wy staniecie się prawdziwą gwiazdą wieczoru!












Paryż Ściany Wschodniej.


Już dwa razy wspominałem o, odnalezionych w czeluściach cyfrowej biblioteki, kilku numerach czasopisma „Regjon Białostocki” z lat `30. Tym razem nie będzie jednak o bagnach, osuszaniu i takich tam. Tego typu prasa, to również kopalnia wiedzy o tym, jak żyli przed wojną mieszkańcy tego zacnego grodu nad Białą.
Ponieważ upał za oknem nie ma zamiaru zelżeć, skupię się jedynie na rzeczach łatwych i przyjemnych, czyli na rozrywce. W połowie lat trzydziestych w Białymstoku działał jeden teatr „Palace” i 3 kina: „Apollo”, „Modern” i „Polonja”. Te ostatnie serwowały repertuar krajowy i, a jakże, zagraniczny. Jeżeli myślicie, że były to nudne ramoty w stylu tych pokazywanych przez pana w ciemnych okularach (czyli Jerzego Janickiego), to się głęboko mylicie. To były filmy z najwyższej półki.
I tak np. kino „Modern” wyświetlało „emocjonujący film erotyczno-sensacyjny (!) <<Pojedynek ze śmiercią>>”, a także „wspaniały film miłosny <<Sztuka życia>>”. Gdybym miał jednak wybierać, to bez wątpienia poszedłbym na film „<<Zaufałam Ci>>, gdyż zaintrygował mnie opis, z którego wynikało, że jest to „dramat młodej i niedoświadczonej dziewczyny, która w chwili szału (!!) zaufała mężczyźnie”. Myślę moje szanowne Czytelniczki, że zdecydowanie powinniście wygrzebać to dzieło z archiwów i obejrzeć, zanim Was same ogarnie wspomniana chwila szału i, nie daj Boże, zaufacie jakiemuś facetowi!
W listopadzie 1934 r. pojawiło się w Białymstoku kino „Gryf” i trzeba przyznać, że swoją działalność rozpoczęło z wysokiego C. Za marne 75 groszy można było obejrzeć „rewelacyjny film, który zadziwił cały świat, twór geniuszu ludzkiego”. Chodzi oczywiście o „Syna King Konga”, który zdaniem redaktora „wstrząsnął nerwami milionów ludzi”. Co ciekawe, „23 metrowa Małpa” została wymieniona na afiszu razem z pozostałymi aktorami.
Ówczesne kina różniły się od dzisiejszych multipleksów, tak jak Podlasie różni się od warszawy. Po pierwsze nie przypominały bezdusznych boksów dla nierogacizny, a po drugie nie zanudzały widza półgodzinnym seansem reklam. Zamiast tych ostatnich, widz mógł zrelaksować się oglądając występy rewiowe! I to jakie?! We wspomnianym „Modernie” można było np. obejrzeć „pożegnalne występy teatru rewjowego <<Wesoły murzyn>>”. Nie wiem, jak Wy, ale ja na coś pod taką nazwą, poszedłbym bez chwili wahania.
Po takiej dawce przedniej, umysłowej rozrywki wypadałoby zabrać partnerkę gdzieś na dancing. Co jednak zrobić, gdy z tańcem u nas nietęgo? Przedwojenny Białystok przewidział i to. Dla tańczących inaczej powstał Salon Tańców Nowoczesnych prowadzony przez profesorkęMarję Andrzejewską. Znamienita ta (jak się domyślam) primabalerina „wyuczała tańczyć stylem angielskim, modnie i elegancko”. Można było przyjść do szkoły samemu, a jeżeli mieliśmy gromadkę, podobnych do nas, łamag, również „w kompletach”. To jednak nie wszystko. Na wypadek, gdybyśmy mieli kłopot z wprowadzeniem partnerki w ognisty piruet, prof. Andrzejewska proponował również „lekcje gimnastyki dla odchudzających się Pań”.
Prawdopodobnie po tym wszystkim każda z białostockich elegantek dałaby się namówić na dokończenie wieczoru w naszej garsonierze. Takie tete-a-tete kończą się jednak różnie i dlatego przewidujący mężczyzna posiadał w portfelu kilka przydatnych adresów. Nie chodziło jednak o lokalnych spowiedników, a raczej o namiary na dr med. A. Adamowicza, dr Leona Kryńskiego, dr M. Kanela i dr J. Walewskiego. Wszyscy oni specjalizowali się w leczeniu niemocy, chorób skórnych, moczo-płciowych i, co najistotniejsze, chorób wenerycznych (co ciekawe innych  anonsów lekarskich w "Regjonie" nie maJ).
I pomyśleć tylko, że gdyby nie wojna, Białystok mógł stać się Paryżem Ściany Wschodniej. Kina, rewie, teatry, dancingi i doskonała opieka weneryczna. Żyć, nie umierać! A na dodatek nad Biebrzę tylko 50 kilometrów!


Łęczak


Perkoz dwuczby z młodocianym pasażerem. Oprócz perkozów zwyczaj przewożenia piskląt na grzbiecie, mają również tracze.


Czajka.


Rycyk (w tle czapla siwa).





Rycyk. To częsty obrazek w Dolinie Biebrzy. Oprócz rycyków kołki uwielbiają również kszyki i rybitwy (np. białoskrzydłe).


Błotniak stawowy (samiec).



Prrzedstawiciel drozdów, czyli kwiczoł.



Mglisty łoś.



Wrona siwa. Jak widać, też kołkiem nie pogardza.
Leaderboard