Leaderboard
728x15
Showing posts with label mute swan. Show all posts
Showing posts with label mute swan. Show all posts

Migawki z terenu XXIII,

Wpadłem z tymi Gruzinami, jak - nie przymierzając - przysłowiowa śliwka w kompot na bazie śliwowicy. Tak to już jednak bywa, że czasem człowiek chlapnie coś w dobrej wierze, a Pani Przyroda owo chlapnięcie w świat poniesie. Oczywiście solennie obiecuję, że wkrótce sprawę wyjaśnię, ale uwierzcie mi, że to nic spektakularnego. Ot, taka szutka niewinna, choć kwestia - w kontekście, której owa szutka zaistniała - już taką niewinną nie jest!
W tym poście miały być żurawie (będą w następnym), ale nie może być przecież tak, że dwa gatunki zawłaszczą całą wiosnę. Marzec, to przecież nie tylko gęsi i wspomniane klangorowate. To także inne, tak często nieludzko pomijane w sieciowych mediach - zwierzęta.
Tyle tylko, że nie o tym jest ten post.
Jak się tak najgłębiej zastanowić, to w przypadku fotografii przyrodniczej, wszyscy sfotografowali już wszystko. Wyjątkiem są, być może, organizmy żyjące gdzieś w czeluściach Rowu Mariańskiego, ale i w tym przypadku głowy bym nie dał, że jakiś na wpół oszalały trylioner, nie sfinansował już takiej ekspedycji i fajne foty ekstremalnie przydennych stworów, posiada. Poza jednak tego typu przypadkami, uzbrojony w aparat i chwytne kciuki Homo Sapiens dopadł już - czy nam się to podoba, czy nie - prawie każde, żyjące na Ziemi stworzenie.
Czy sfotografowanie wszystkiego oznacza zatem koniec fotografii przyrodniczej? No cóż. Raczej nie sądzę, że w sytuacji, gdy ten ponury fakt, dotrze wreszcie do zbiorowej świadomości fotografów przyrody, wszyscy oni porzucą sprzęt i popełnią zbiorowe samobójstwo lub - co gorsza - wyjadą do Warszawy. Myślę tylko, że definitywnie zakończy się era fotografowania samych zwierzaków, a rozwinie - fotografowanie wyjątkowych i ekstremalnych sytuacji. 
Weźmy takiego jelenia. Ma go w swoim archiwum zdecydowana większość fotografujących przyrodę, czyli kiepsko. Ale wystarczy pstryknąć fotkę kolorystycznie zdeformowanego przedstawiciela płowych na tle dorodnej biedronki-endemitki z lasku pod Białymstokiem i już jest lepiej.
Kogo dziś interesują fotografie kruków? Nikogo. Można temu jednak zaradzić w bardzo prosty sposób. Wystarczy, by na zdjęciach rzeczone kruki wcinały coś, co przed śmiercią figurowało w Polskiej Czerwonej Księdze w kategorii EXP lub w ostateczności - CR i już ludziska rzucają się do lajkowania.
Podobnie będzie z każdym innym zwierzakiem. Łoś o zachodzie słońca na turzycowisku? Nuda, nuda i jeszcze raz nuda! Łoś o zachodzie słońca na płonącym turzycowisku? O! To nawet fajne!
Mam tylko nadzieję, że wszystko to nie pójdzie jeszcze dalej i nie doczekam czasów, w których na wystawy fotografii przyrodniczej będą wpuszczani wyłącznie dorośli, a i to tylko ci o wyjątkowo mocnych nerwach.

PS. Poniżej wiosenne dokfotki nieptaków i ptaków. 











O kurtce. Esej. Chyba esej.

Byłabyż zima czasem idealnym? Otóż byłaby, gdyby nie pewien mały szkopuł. Zima to zimno, a zimno to zwiększona liczba warstw odzieży. Pomijam nienawistne mi tzw. kalesony, gdyż używam ich wyłącznie w temperaturach, które nawet w Suwałkach uważa się za ekstremalne. Nie chodzi mi również o buty, którym niestraszny śnieg i woda, ale które mogą być problemem, gdy trzeba pojechać gdzieś samochodem (dopóki się nie przyzwyczaiłem miałem wrażenie, że prowadzę, mając nogi zatopione w dwóch wiadrach z ołowiem). Rzeczonym szkopułem nie są również czapki, rękawice, t-shirty, polary, wełniane skarpety itp. Jest nim ... kurtka!
Ileż ja już tego rodzaju odzieży przetestowałem! Wojskowe, strażackie, harcerskie i turystyczne. Pozornie elegancko-zamożne i takie, dzięki którym przygodnie napotkani ludzie wciskali mi do ręki drobne sumy, albo coś do jedzenia. Czarne, khaki, oliv, białe i woodlandy. Z brezentu, bawełny, płótna i gore tex`u. Do kolan i za kolana. Z kapturem i bez kaptura. Testowałem je wszystkie po kolei, ale  i tak zawsze pojawiał się jakiś problem.
W ubiegłym roku kupiłem sobie wreszcie coś, co teoretycznie mógłbym nazwać ideałem. Nabyłem mianowicie kurtkę-kangurkę. Maskuje, jest lekka (ale genialnie chroni przed wiatrem i zimnem) oraz - co ważne - posiada kieszeń brzuszną, w której swobodnie można pomieścić parkę kangurzątek lub, gdy ich akurat nie posiadamy - cały, terenowy dobytek. Jednym słowem, łażenie w niej, to sama rozkosz. W zasadzie mógłbym przechodzić w niej całe życie, gdyby nie drobny fakt. 
Myślę, mianowicie o tym, że … czasem trzeba ją zdjąć. I tu zaczyna się problem, o którym sprzedawca nie wspomniał, a powinien! O ile bowiem zakładanie rzeczonej kurtki nie sprawia trudności, o tyle zdejmowanie i owszem, gdyż razem z nią, ściąga się to wszystko, co mamy pod spodem. Pół biedy, gdy jestem sam, mam czas i, co najważniejsze, nie mam świadków. Gorzej, gdy wchodzę np. do popularnego lokalu gastronomicznego, którego właściciel nie oszczędza na ogrzewaniu. Wchodzę i zawsze mam dylemat! Zostać w kurtce, ryzykując udar cieplny, czy też zdjąć ją, wzbudzając ogólne podejrzenie, że lubię obnażać się w miejscach publicznych? I tak źle i tak niedobrze.
Długo kombinowałem, jak z tego wybrnąć, aż w sukurs przyszła mi krajowa kinematografia, a konkretnie film Marka Piwowskiego pt. „Przepraszam, czy tu biją?”. Niestety z uwagi na tzw. "roszczenia", nie ma już tego obrazu w internecie, więc nie mogę umieścić tu fragmentu, który mam na myśli. 
Jeżeli jednak macie ten film na płycie lub kiedyś "roszczenia" zostaną cofnięte, zwróćcie uwagę na scenę w zoo z udziałem Jana Himilsbacha przebranego za misia. I wtedy to właśnie będziecie wiedzieli, jak wybrnąłem z tej całej, mało komfortowej sytuacji.

PS. Poniżej fotki z krótkiego, popracowego wypadu za olsztyńskie rogatki.












Leaderboard