Leaderboard
728x15

Ponownie o lasach.

Large Rectangle

       Rzadko, bo rzadko, ale zdarza się, że bywamy w lesie i zwykle coś tam podejdziemy. Tym razem czasu było mało, bo z domu wyjechaliśmy dwie godziny przed zachodem słońca (którego z resztą i tak nie było), ale gościnne zwierzaki nie zawiodły.
     Zawsze kiedy chodzę po warmińsko-mazurskich tzw. „puszczach”, zastanawiam się, jak te tereny wyglądały w czasach przedplantacyjnych. Pisałem już, że dzisiejsze lasy to nędzne resztki tego, co kiedyś porastało te ziemie. Podobnie jest niestety ze zwierzyną. Weźmy chociażby takie ssaki. Te większe od nornicy, można spokojnie policzyć na palcach dwóch rąk rozpoetyzowanego operatora piły tarczowej. Tymczasem całkiem niedawno (niedawno, czyli długo po zniknięciu ostatniego warmińskiego Neandertalczyka) zwierza nie brakowało. Wystarczy poczytać trochę o tych terenach, a zwłaszcza o polowaniach (to najlepsze – niestety - źródło wiedzy o ówczesnej przyrodzie) i ukazuje nam się nieomal rajski obraz. Swoją drogą tak odebrał to Jerzy Retyk, który w „Pochwale Prus” z 1539, porównywał tę krainę do wyspy Rodos, na której Zeus stworzył miejsce łowów dla (zapewne dewizowych) myśliwych z Olimpu.
     W publikacji pt. „Oddziaływanie dzikich zwierząt kopytnych na lasy pogranicza mazursko-kurpiowskiego na przełomie XX i XXI wieku” Bożena Grabińska pisze, że tylko w latach 1612-1618 na terenie Prus Wschodnich upolowano 15 żubrów (ostatni osobnik na tych terenach widziany był jeszcze w 1750 roku), 4935 jeleni, 3908 dzików, 215 wilków i … 52 niedźwiedzie! Trzeba tu dodać, że na misie polowano na obszarze dzisiejszych Warmii i Mazur, jeszcze na początku XIX w. (ostatni padł od kuli w 1804 r., na terenie dzisiejszego Nadleśnictwa Spychowo).  W Prusiech nie brakowało też łosi. Było ich na tyle dużo, że łosiowy łeb widniał nawet na znaku taktycznym 11 Wschodniopruskiej Dywizji Piechoty Wermachtu, atakującej Mławę w 1939 roku.
      Tereny te, w swoim czasie, obfitowały również w największe ssaki z epoki postmastodonckiej, czyli - w tury. Było ich tu podobno więcej, niż w – słynących z nich - puszczach mazowieckich. Co ciekawe, tur, a w zasadzie pseudotur wrócił na te tereny w latach `40 ub. w. za sprawą niejakich braci Heck, a zwłaszcza jednego z nich – Lutza. Ten - powiedzmy - naukowiec postanowił odtworzyć tura (czyli najbardziej germańskie z germańskich zwierząt) i ponownie zasiedlić nim niemieckie lasy. Protektora miał z najwyższej półki, bo w osobie samego Wielkiego Łowczego III Rzeszy - Hermanna W. Goeringa, więc na pieniądze i warunki pracy, nie mógł narzekać (pomijając oczywiście działalność - nierozumiejących doniosłości jego dzieła - polskich partyzantów). Efektem tych genetycznych machlojek było coś, co wyglądem (ale nie rozmiarami) rzeczywiście przypominało trochę tura. W 1941 r. pierwsze osobniki wypuszczono w Puszczy Rominckiej, a rok później w Białowieskiej, w której przetrwały, aż do przejścia przez te tereny radzieckich kuchni polowych. Jeżeli ktoś chciałby zobaczyć takiego "tura" powinien udać się np. do Holandii, gdzie występuje pod nazwą bydła Hecka.
     Niedźwiedzie, żubry, pseudotury, partyzanci ....! To były czasy! A teraz? A teraz, to jak człowiek jelonka, albo innego zająca pstryknie, to ma radochy i okazji do konfabulowania na cały tydzień.
PS. Muszę jeszcze na chwilę wrócić niedźwiedzi. W 2008 Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi wpisało na listę produktów tradycyjnych - Niedźwiedziówkę mazurską. Wedle legend, pradawni Prusowie używali tego miodowego trunku do alkoholizowania niedźwiedzi w celu pozyskania ich w stanie żywym, cokolwiek by to miało znaczyć i czemukolwiek miało służyć.

Wypoczywająca minichmara. Wiatr był sprzyjający, więc mogliśmy spokojnie podejść i zrobić te zdjęcia, nie przerywając jeleniego snu i nie wadząc w innych, rodzinnych czynnościach :)






W tej grupce, oprócz lochy i dwójki podrostków był jeszcze warchlak. Trochę dzików w życiu widziałem, ale jedynaka - nigdy.











Banner