To moja jedna z najdłuższych nieobecności w sieci. Wbrew pozorom nie zostałem porwany żywcem do nieba, nie przedawkowałem diety, ani też nie zostałem wolontariuszem w jakimś, zapomnianym przez Panią Przyrodę i ludzi, zakątku środkowego Mazowsza. Po prostu zabrakło mi czasu i ... i tyle :)
Ale do rzeczy!
Obserwując to, co aktualnie dzieje się w świecie fotografii, a zwłaszcza filmu przyrodniczego, nie sposób nie zauważyć, że od czasów Puchalskiego, co nieco się zmieniło. To już nie są proste dokumenty. To są produkcje na miarę, może nie Hollywood, ale Łódzkiej Filmówki i owszem. Skończyły się czasy samotnych przyrodników z kamerą, a zaczęła się era scenariuszy, producentów, rozbudowanych ekip wyposażonych w ogromne budżety, zastępy doradców, przewodników, oraz przede wszystkim - w kosmiczny sprzęt. Ta ostatnia kwestia nie dotyczy już tylko coraz lepszych kamer, aparatów i obiektywów, ale przede wszystkim, różnego rodzaju wspomagaczy. Nie ma już chyba żadnego, współczesnego dokumentu przyrodniczego, w którym nie posługiwano by się eskadrami dronów, hajtekowymi fotopułapkami, mikrokamerami, czy zdalnie sterowanymi jednostkami pływającymi. Wystarczy spędzić pół dnia z National Geographic czy Discovery, by naocznie przekonać się na czym to polega. Pracujący dla tych kanałów filmowcy, wbrew pozorom, chętnie ujawniają stosowane przez siebie techniki i metody. Kamery ukryte w sztucznych lwach, wielkich ważkach, rekinach, ptasich jajach, kamieniach i w całej reszcie ożywionych i nieożywionych elementów przyrody budzą respekt, ale to i tak tylko wierzchołek techno-przyrodniczej góry lodowej.
Ale do rzeczy!
Obserwując to, co aktualnie dzieje się w świecie fotografii, a zwłaszcza filmu przyrodniczego, nie sposób nie zauważyć, że od czasów Puchalskiego, co nieco się zmieniło. To już nie są proste dokumenty. To są produkcje na miarę, może nie Hollywood, ale Łódzkiej Filmówki i owszem. Skończyły się czasy samotnych przyrodników z kamerą, a zaczęła się era scenariuszy, producentów, rozbudowanych ekip wyposażonych w ogromne budżety, zastępy doradców, przewodników, oraz przede wszystkim - w kosmiczny sprzęt. Ta ostatnia kwestia nie dotyczy już tylko coraz lepszych kamer, aparatów i obiektywów, ale przede wszystkim, różnego rodzaju wspomagaczy. Nie ma już chyba żadnego, współczesnego dokumentu przyrodniczego, w którym nie posługiwano by się eskadrami dronów, hajtekowymi fotopułapkami, mikrokamerami, czy zdalnie sterowanymi jednostkami pływającymi. Wystarczy spędzić pół dnia z National Geographic czy Discovery, by naocznie przekonać się na czym to polega. Pracujący dla tych kanałów filmowcy, wbrew pozorom, chętnie ujawniają stosowane przez siebie techniki i metody. Kamery ukryte w sztucznych lwach, wielkich ważkach, rekinach, ptasich jajach, kamieniach i w całej reszcie ożywionych i nieożywionych elementów przyrody budzą respekt, ale to i tak tylko wierzchołek techno-przyrodniczej góry lodowej.
Kolejna sprawa, to wykorzystywanie oswojonych zwierzaków i aranżowanie pewnych sytuacji. Twórcy „Makrokosmosu” nigdy nie ukrywali, że podczas realizacji filmu, posłużyli się blisko 700 oswojonymi ptakami. Tylko dzięki temu mogli towarzyszyć berniklom przelatującym nad górami, czy z bliska uczestniczyć w zalotach głuptaków. Podobne obrazki, tym razem z udziałem wilków, zobaczycie w „Królestwie”. Korzystanie z najnowszych osiągnięć techniki oraz wykorzystywanie swojaczków, to także domena naszych, rodzimych twórców. Bardzo dobrze pokazuje to serial Bożeny i Jana Walencików pt. „Saga prastarej puszczy” Każdy odcinek tej serii poświęcony jest innemu gatunkowi i w prawie każdym występuje oswojony zwierzak (z imienia i nazwiska wymieniony w napisach końcowych!).
Tego typu praktyki przyrodniczej branży filmowej, skrytykował m.in. w swojej książce pt. "Shooting in the Wild" wieloletni współpracownik Animal Planet, National Geographic i Disney`a - Chris Palmer . Ujawnił w niej kulisy nakręcenia wielu spektakularnych scen, które trudno zaliczyć do kategorii "podpatrzone w dziczy". Na podobną krytykę natknęli się także autorzy seriali "Frozen Planet" i "Human Planet" (BBC), którym zarzucono, że część scen była nakręcona w ogrodach zoologicznych i w studio.
Osobiście nie posiadam dronów, ani mikrokamer. Z oswojonych (prawie) zwierzaków mam tylko kota. Myślę jednak, że to bardzo dobrze, że profesjonalne rejestrowanie przyrody jest właśnie takie, gdyż tego typu produkcje, z punktu widzenia edukacji przyrodniczej, są po prostu bezcenne. My amatorzy, możemy zaprezentować to i owo, ale zawsze będą to tylko, wyrwane ze środowiskowego kontekstu, fragmenty jakiś wydarzeń. Zawodowcy robią to całościowo, a poza tym, pokazują to, czego bez wspomnianych wspomagaczy i zwierzęcych aktorów, w żaden sposób nie da się osiągnąć. Przykłady? Proszę uprzejmie. Nigdy nie byłem na wysokości kilku tysięcy metrów w towarzystwie ptaków, ale dzięki wspomnianemu "Makrokosmosowi" wiem, jak mogłoby to wyglądać. Zawsze byłem ciekaw, co dzieje się wewnątrz żeremia i "Saga" mi to umożliwiła.
Tego typu przykłady mogę mnożyć prawie w nieskończoność, ale nie w tym rzecz. Przyznam szczerze, że nie wiem, czy sam chciałbym być kiedykolwiek zatrudniony przy tego typu produkcjach, ale - wbrew wszelkiej (i najczęściej zawistnej) krytyce - zawsze będę doceniał wysiłek i dokonania tych, którzy się na to zdecydowali.
PS. Miały być widoczki, ale przynajmniej na chwilę, muszę odpocząć od zimy. Poza tym dobrze co jakiś czas, przewietrzyć cyfrowe magazyny, a tym białym od dawna się to już należało.
Tego typu praktyki przyrodniczej branży filmowej, skrytykował m.in. w swojej książce pt. "Shooting in the Wild" wieloletni współpracownik Animal Planet, National Geographic i Disney`a - Chris Palmer . Ujawnił w niej kulisy nakręcenia wielu spektakularnych scen, które trudno zaliczyć do kategorii "podpatrzone w dziczy". Na podobną krytykę natknęli się także autorzy seriali "Frozen Planet" i "Human Planet" (BBC), którym zarzucono, że część scen była nakręcona w ogrodach zoologicznych i w studio.
Osobiście nie posiadam dronów, ani mikrokamer. Z oswojonych (prawie) zwierzaków mam tylko kota. Myślę jednak, że to bardzo dobrze, że profesjonalne rejestrowanie przyrody jest właśnie takie, gdyż tego typu produkcje, z punktu widzenia edukacji przyrodniczej, są po prostu bezcenne. My amatorzy, możemy zaprezentować to i owo, ale zawsze będą to tylko, wyrwane ze środowiskowego kontekstu, fragmenty jakiś wydarzeń. Zawodowcy robią to całościowo, a poza tym, pokazują to, czego bez wspomnianych wspomagaczy i zwierzęcych aktorów, w żaden sposób nie da się osiągnąć. Przykłady? Proszę uprzejmie. Nigdy nie byłem na wysokości kilku tysięcy metrów w towarzystwie ptaków, ale dzięki wspomnianemu "Makrokosmosowi" wiem, jak mogłoby to wyglądać. Zawsze byłem ciekaw, co dzieje się wewnątrz żeremia i "Saga" mi to umożliwiła.
Tego typu przykłady mogę mnożyć prawie w nieskończoność, ale nie w tym rzecz. Przyznam szczerze, że nie wiem, czy sam chciałbym być kiedykolwiek zatrudniony przy tego typu produkcjach, ale - wbrew wszelkiej (i najczęściej zawistnej) krytyce - zawsze będę doceniał wysiłek i dokonania tych, którzy się na to zdecydowali.
PS. Miały być widoczki, ale przynajmniej na chwilę, muszę odpocząć od zimy. Poza tym dobrze co jakiś czas, przewietrzyć cyfrowe magazyny, a tym białym od dawna się to już należało.




















