Leaderboard
728x15

Jesienno-zimowego marudzenia ciąg dalszy, ale tym razem z pozytywnym (chyba) zakończeniem.

Large Rectangle
       Niby skończył się listopad i mamy już grudzień. Niby telewizory pełne są sztucznego śniegu, ponętnych elfic i niespełnionych aktorów z nadwagą, udających Mikołajów. Niby ulice polskich miast, miasteczek i co bogatszych wsi gminnych toną w psychodelicznej poświacie świątecznych dekoracji, a władcy galerii (tych bez sztuki) epatują kilkunastometrowymi, świerkopodobnymi ostrosłupami i reniferami żywcem wyjętymi z azjatyckich laboratoriów, specjalizujących się w GMO. Tylko co nam po tym, wygenerowanym cyfrowo, śnieżnym puszku, przerośniętych elfich samicach, neonach i inwazyjnych nadssakach, gdy za oknem - bądźmy szczerzy i nie strońmy od takich określeń - panuje wszechobecny, pogodowy syf? 
       Nie wiem, jak Wy, ale ja osobiście odnoszę wrażenie, że ostatnimi czasy Pani Aura zdaje się robić wszystko, by jedyną myślą, jaka opanowuje normalnego człowieka było to, by skończyć z tym wszystkimi i powiesić się w jakimś, miłym dla oka, miejscu. 
       Tak jednak może pomyśleć jedynie wspomniany "normalny" człowiek, ale nie twardy, jak polbruk przyrodnik, fotoamator i podmiejski survivalowiec w jednym. Nam (gdyż nieskromnie zaliczę się do tej kategorii) nawet podczas apogeum listopadowo-grudniowego - nomen omen - apogeum, myśl o wieszaniu się nie przemknie przez głowy nawet przez chwilę, co nie oznacza, że w ogóle omijają nas tego typu refleksje. Otóż nie omijają, tyle tylko, że my - Przyrfotsurvivaliści - nie chcemy - ot tak po prostu - założyć sobie sznurek (kogo? co?) na szyję i ... witajcie błękitne torfowiska! I o tym właśnie jest ten post.
      Osobiście w przeszłości nie raz, nie dwa i nie siedem, powodowany pogodową rozpaczą, targałem się na życie, ale zawsze, podkreślam: zawsze, w stylu kozaka z teleobiektywem w dłoni, a nie jakiegoś tam leszcza spod znaku snopowiązałki. 
       W debiutanckim podejściu do samozagłady postanowiłem wykorzystać śmiercionośne właściwości energii elektrycznej i w tym właśnie celu zanurzyłem się w wannie wypełnionej cieczą wraz z akumulatorkami wyciągniętymi z aparatu. Niestety nic z tego nie wyszło, prawdopodobnie z winny słabego przewodnictwa wody z olsztyńskiego ujęcia nr 1. Próby podpięcia bloku, w którym czasowo pomieszkuję, pod ujęcie nr 2, skończyły się sądem grodzkim i dożywotnim zakazem zbliżanie się do jakichkolwiek urządzeń służących do poboru wody w województwie warmińsko-mazurskim. 
       Druga próba była niejako pokłosiem mojego wykształcenia. Wiedza zdobyta podczas dwóch, długich lat nauki w olsztyńskim LO 1 o profilu humanistycznym, podsunęła mi pomysł na zejście z tego świata w stylu prometeuszowskim. W tym celu, przykułem się do podlaskiej brzozy (z braku skały, rzecz jasna!) i w pokorze czekałem na orliki grubodziobe, które miały mi rozszarpać wątrobę lub opcjonalnie (i niezgodnie z mitycznym przekazem) trzustkę. Niestety. Niewielka liczebność krajowej populacji tego gatunku będąca wynikiem m.in. zmian w preferowanych przez niego siedliskach oraz hybrydyzacji (czyli krzyżowania z orlikiem krzykliwym), jak również fakt, że ptaki te odlatują na zimowiska sprawiły, że po tygodniu bezskutecznego wypatrywania podrobożernych szponiastych, zmarzłem, zgłodniałem i - w rezultacie - dałem sobie spokój z antyczno-ornitologiczną autodestrukcją.
       Kolejny pomysł na spektakularne zejście z tego świat,  przyszedł mi do głowy w trakcie oglądanie dokumentu pt. "Most samobójców" traktującego o ludziach skaczących (w celu uzyskania śmierci) z mostu Golden Gate w San Francisco. Przebywałem wtedy - a jakże - na Podlasiu, gdzie o rzeki, kanały i mosty nietrudno, a że nie chciałem jeździć zbyt daleko, wybrałem najwyższą przeprawę w okolicy, w której wtedy aktualnie przebywałem. Uwierzcie mi, że rzadko się wzruszam, ale kiedy stanąłem na drewnianej, chwiejnej barierce, żałobne perły łez oprószyły mi rzęsiście rzęs warkocze. Patrzyłem przecież po raz ostatni na bezkresne połacie turzycowisk, na pokryte dziewiczą bielą bezlistne krawędzie brzezin, na bieliki kołujących nad starorzeczami, na łosze żerujące pośród wierzbowych łanów i pustaci łkanie. Patrzyłem ... a potem rozpostarłem ręce, niczym zuchwały samiec błotniaka zbożowego - skrzydła i ... skoczyłem ... 
       ... kiedy wygrzebywałem się z półmetrowej warstwy przemarzniętego mułu, wiedziałem już, że Kanałowi Kuwaskiemu baaardzo daleko jest do cieśniny Golden Gate i przy pomocy tej metody, to ja się raczej na Podlasiu nie zabiję, czyli muszę kombinować dalej.
       Ludzie Kochane, czego ja nie robiłem!? Trułem się jadem soczewicowo-sojowym (bo kiełbasy w domu, jak nie było, tak nie ma), kładłem się na (o czym nie wiedziałem) nieczynnych torowiskach, wdychałem gaz z zapalniczek jednorazowych, znieważałem czynnie mieszkańców byłych miast wojewódzkich, popijałem gorące ciasto zimnym mlekiem niewiadomego pochodzenia, wychodziłem z domu bez czapki i ... I nic! 
       W międzyczasie minął listopad, a potem grudzień. W styczniu musiałem zrobić przerwę w próbach samobójczych ze względu na nawał innych spraw i obowiązków, a w lutym ... a w lutym przyleciały żurawie, a i dzień stał się przyjemnie dłuższym.
       W tym roku postanowiłem odpuścić sobie wszelkie autozamachy, do czego i Was - o ile miewacie takie myśli - gorąco namawiam. Narobicie się tylko niepotrzebnie, stracicie czas i pieniądze, a i tak z samobójstwa ostanie się - li i jedynie - figa z koncesjonowanym makiem. Za dwa miesiące powrócą pierwsze ptaki i znowu będzie fajnie, a już na pewno fajniej, niż jest teraz. 

PS. Dla szczególnie zdesperowanych, tak jak obiecałem, kilka późnoletnich, świetlistych fotek.














     
Banner