O turystycznej inwazji w Dolinie Biebrzy, pisałem już zimą. Wtedy była to jednak zaledwie przygrywka do tego, co obserwowaliśmy podczas ostatniego pobytu i pewnie nic nie znaczący epizod, gdy pomyślę o tzw. majówce.
Nasz ostatni, biebrzański weekend zaliczał się do tych zwyczajnych. Nie był, ani długi, ani krótki. Nie przypadał w żadne święto kościelne, ani też w państwowe. Nie wiązała się z nim ani jedna z rozlicznych rocznic. Ot, taki sobie typowy i nudny przerywnik między jednym, a drugim tygodniem pracy. Szatan tkwi jednak – jak zawsze - w szczegółach. W tym przypadku owym szczegółem była słoneczna aura i niezwykła, jak na marzec – temperatura.
Współczesna nauka jest zdania, że ludzie są stworzeniami stałocieplnymi i, jako takie - w odróżnieniu od np. muchy - nie powinny zapadać w zimowe odrętwienie. Ponadto nasza, środkowoeuropejska nacja miała dużo czasu na przystosowanie się do smętnej wegetacji w słocie i zimnie i porzucenie mrzonek o zbijaniu bąków pod palmą. Niby to wszystko prawda. Odnoszę jednak wrażenie, że gdzieś tam w zakamarkach naszych genotypów, tli się mimo wszystko wspomnienie afrykańskiej kolebki, gdyż wystarczy, że słupek rtęci powędruje w górę i natychmiast budzi się w nas przyczajona bestia. Bestia, która wraz z nadejściem ciepła musi i chce migrować! Chce migrować i chce wypoczywać.
Wiadomo, że odpoczynek jest ważny. Wiadomo również, że większość z nas najchętniej uwaliłaby się na plaży lub w kosodrzewinie. Problem jednak w tym, że zwykły weekend, to zaledwie dwa dni, Pendolino kosztuje, a przepustowość zwykłych dróg jest taka, jaka jest. Wybieramy się zatem tam, gdzie jest relatywnie blisko, czyli m.in. nad Biebrzę. Bo pogoda cudna, bo podobno dużo tych, no … ptaków, a i w telewizji jedna taka ładna pani mówiła, że koniecznie trzeba zobaczyć.
Żeby było jasne. Uważam, że parki narodowe są dla nas wszystkich i wszyscy mają prawo w nich przebywać. Nad Biebrzę ludzie przyjeżdżali odkąd pamiętam, czyli raczej od dawna. Kłopot polega jednak na tym, że kiedyś było ich tam jednak zdecydowanie mniej i przeważały osoby mające jakieś pojęcie o przyrodzie, czyli mniej inwazyjne. Od jakiegoś czasu zaczęło to się jednak zmieniać i teraz to jest już totalna masówka. W zasadzie brakuje jeszcze tylko straganów z drewnianymi łosiami i chińską tandetą i będzie jak na Krupówkach, albo w innej Łebie.
Jak już wspomniałem, to normalne, że w słoneczny dzień ludzie nie chcą gnić w mieszkaniach, tylko wolą ruszyć w plener. Szkoda tylko, że całe to zamieszanie odbywa się tuż obok lub wręcz wśród stad batalionów i innych płytkobrodzących, które powinny w spokoju najeść się do syta, zaszaleć z płcią przeciwną, zbudować gniazda lub polecieć dalej.
Nie mam pojęcia, jak rozwiązać ten konflikt interesów (może ktoś z Was ma jakiś pomysł?). Nie da się przecież wprowadzić limitów, które obowiązują np. w przypadku wiosennych kajakarzy. Miejsca, o których piszę nie do końca podlegają parkowej jurysdykcji, więc w praktyce może tam wejść (i wjechać) każdy, kto zechce.
Jak już wspomniałem, to normalne, że w słoneczny dzień ludzie nie chcą gnić w mieszkaniach, tylko wolą ruszyć w plener. Szkoda tylko, że całe to zamieszanie odbywa się tuż obok lub wręcz wśród stad batalionów i innych płytkobrodzących, które powinny w spokoju najeść się do syta, zaszaleć z płcią przeciwną, zbudować gniazda lub polecieć dalej.
Nie mam pojęcia, jak rozwiązać ten konflikt interesów (może ktoś z Was ma jakiś pomysł?). Nie da się przecież wprowadzić limitów, które obowiązują np. w przypadku wiosennych kajakarzy. Miejsca, o których piszę nie do końca podlegają parkowej jurysdykcji, więc w praktyce może tam wejść (i wjechać) każdy, kto zechce.
Cała nadzieja w najmłodszej generacji, czyli w dzieciach z epoki procesorów. Te tylko z rzadka interesują się czymś, co nie jest ciekłokrystaliczne, więc - ciągle jeszcze zacofana technologicznie - Biebrza, większości z nich raczej nie przyciągnie.
PS. Poniżej widoczki. Na szczęście o tych porach dnia wycieczek, albo jeszcze nie ma, albo już nie ma.























