Tym razem kolejna porcja warmińskich jeleni. Oczywiście wszyscy wiemy, że czas ich miłosnych uniesień już dawno minął, ale ponieważ zostało mi jeszcze kilka fotek, żal było ich nie umieścić. Tyle tylko, że nie o jeleniach jest ten post. Ten post jest o miesiącu, którego zdecydowanie nie powinno być.
Pomimo tego, że urodziłem się w listopadzie jest to dla mnie czas przeklęty. Dziś trudno mi w to uwierzyć, ale kiedyś lubiłem te dni, gdy zmrok zapadał już o 16. Lubiłem wędrówki przyciemnionymi, mokrymi od deszczu uliczkami starego miasta w Olsztynie do miejsc, w których można było spotkać rozartyzmowanych kolegów i pogadać o tej, no … sztuce, a tak naprawdę o tym, gdzie można kupić piwo i która koleżanka jest w ciąży i z kim raczej nie. Czekałem na te dni z niecierpliwością, tak, jak … dziś czekam, by to cholerne, świetlno-pogodowe średniowiecze poszło wreszcie precz i, jeżeli nie może być teraz wiosny, to niech przynajmniej zacznie się grudzień ze śniegiem, mrozem i bezkarną rzezią ryb z rodziny karpiowatych. To jednak jeszcze kawał czasu, więc mam nadzieję, że jakoś to przeżyję i gdy dzień ponownie zacznie górować nad nocą, nie będę już znanym w dzielnicy wariatem, przemierzającym dzielnicę na wygrzebanych w śmietniku rolkach i mamroczącym coś o końcu świata wymodlonym przez sektę "Krotochwilnych Czcicieli Szatana" z Elbląga.
Moje obawy są tym bardziej uzasadnione, że kilka miesięcy temu gŁoś została wegetarianką. Co prawda nie dlatego, że – jak twierdzą hipsterzy - niejedzenie mięsa w Europie Wschodniej wpływa pozytywnie na lasy deszczowe w Ameryce Południowej, ale to w sumie nieważne. Ważne jest to, że siłą rzeczy również moje spożycie potraw, w których można odnaleźć jakikolwiek smak, spadło nieomal do zera.
I to jest niestety kolejny problem. Do tej pory dotrwanie do kolejnych wiosen zawdzięczałem podlaskim antydepresantom, medytacjom w pozycji „miotanego rzeczną bryzą kosaćca” i – przede wszystkim - pochłanianiu wieprzowiny. To właśnie witaminy oraz makro- i mikroelementy zawarte w świńskim tłuszczu, pozwalały mi zachować sprężystość mięśni, tężyznę ścięgien (albo odwrotnie) i, przede wszystkim, pogodę ducha w te ponure - niczym sny ciężarnej właścicielki wytwórni mączek kostnych - listopadowe dni.
Na szczęście pewne znaki na ziemi i niebie wskazują na to, że tegoroczny listopad, a przynajmniej jego atrybuty, mogą skończyć się szybciej, niż zazwyczaj. Widać to w przyrodzie już od dłuższego czasu, chociażby po zwierzakach z rodzaju futrzastych. Czy tak rzeczywiście będzie? Tego oczywiście na 100% stwierdzić nie mogą, choć głosy w mojej głowie twierdzą, że jest to bardzo prawdopodobne.
PS. Przepraszam za opóźnione odpowiedzi na komentarze, ale trochę się ostatnio działo, więc blog zszedł był na plan dalszy.
PS.2. Z ostatniej chwili!!!!!
Jeżeli jeszcze nie maci pomysłu na świąteczny prezent, to zapraszam na blog Leny http://bing.com/2017/10/28/ciut-poezji-ciut-prozy/:
Na szczęście pewne znaki na ziemi i niebie wskazują na to, że tegoroczny listopad, a przynajmniej jego atrybuty, mogą skończyć się szybciej, niż zazwyczaj. Widać to w przyrodzie już od dłuższego czasu, chociażby po zwierzakach z rodzaju futrzastych. Czy tak rzeczywiście będzie? Tego oczywiście na 100% stwierdzić nie mogą, choć głosy w mojej głowie twierdzą, że jest to bardzo prawdopodobne.
PS. Przepraszam za opóźnione odpowiedzi na komentarze, ale trochę się ostatnio działo, więc blog zszedł był na plan dalszy.
PS.2. Z ostatniej chwili!!!!!
Jeżeli jeszcze nie maci pomysłu na świąteczny prezent, to zapraszam na blog Leny http://bing.com/2017/10/28/ciut-poezji-ciut-prozy/:
































