Leaderboard
728x15
Showing posts with label nature photography.. Show all posts
Showing posts with label nature photography.. Show all posts

Podróżniczek i antypodróżnik.

Tym razem prawdziwie fotograficzna monotonia, gdyż zamieszczone poniżej fotki przedstawiają zaledwie jeden gatunek ptaka z wyjątkiem tej ostatniej, na której widnieje samiczka potrzosa. Ten wspomniany ptak, to niejaki podróżniczek. Skąd taka nazwa? Marek Pióro z Plamki Mazurka pisze o nim tak: "...podróżniczek zawdzięcza swoją nazwę błędnemu przypuszczeniu, jakoby miał on przelatywać przestrzeń pomiędzy Afryką, a środkową Europą w przeciągu jednej tylko doby". No i fajnie, tyle tylko, że nie do końca o podróżniczku jest ten post. Ten tekst paradoksalnie jest o mojej niechęci do wszelakich podróży.
Czy to prywatnie, czy to służbowo, kiedyś dużo jeździłem po tzw. świecie, czyli - innymi słowy - podróżowałem. Dzięki temu poznałem prawie całą Europę (Skandynawię i Grecję szczególnie) i nawet zdarzyło mi się raz polecieć do Ameryki Południowej, choć takich okazji miałem znacznie więcej. Podejrzewam, że wiele osób czytających ten post stwierdzi natychmiast, że to super i w ogóle. Ja jednak patrzę na to zupełnie inaczej.
Z wielką przyjemnością czytam blogi podróżnicze i krajoznawcze, ale mnie samego kompletnie nie ciągnie już do oglądania nowych światów, jak to czyni regularnie np. mój brat Maciej ... tzn. Marcin (czy ja kiedyś zapamiętam, jak on ma właściwie na imię?!). O ile lubię jeszcze wyjazdy quasi-przyrodnicze (nawet jeżeli nie jest to Bajkał, tylko wielogodzinne, tępe wpatrywanie się w średnio atrakcyjny, podwodny świat Adriatyku), to jakoś mało interesują mnie miasta z ich zabytkami, nawet tymi o najwyższej, światowej randze. Rzym, Rodos, Florencja, Amsterdam, Petersburg, Wiedeń, Londyn, Ryga, Caracas, Smoleńsk, Praga, Kreta, Oslo, Kopenhaga, Wenecja, Budapeszt, Berlin. Mógłbym tak jeszcze trochę powymieniać, ale nie w tym rzecz. Byłem tam, ale wiem dobrze, że poza Pragą, którą z pewnych względów chciałbym pokazać gŁosiowi glosbagien.blogspot.com, nigdy już tam nie wrócę i na pewno, z własnej i nieprzymuszonej woli, nie pojadę do innych miejsc na świecie, do których jeszcze nie dotarłem. Po raz pierwszy przyszło mi to do głowy w Carskim Siole, gdzie pokazywano nam rzekomą replikę Bursztynowej Komnaty, a całkowicie utwierdziła mnie w tym wszystkim samochodowa wycieczka do Berlina i Pragi. Gdy po powrocie do Polski, wyjąłem z plecaka aparat, okazało się, że podczas ponadtygodniowego pobytu w obu tych miastach zrobiłem jakieś 5 (słownie: jakieś pięć) zdjęć. Tylko kilka wyjątkowo marnych fotek, gdy tymczasem niemal każdego terenowego dnia na Warmii, czy w Dolinie trzaskam ich setki. Prawda jest bowiem taka, że poza tymi dwoma Krainami, całkowicie tracę umiejętność fotograficznego patrzenia. Nie widzę prawie niczego i już. Nie umiem, tak jak wielu z Was, wypatrzeć tego czegoś, co - moim zdaniem - warto byłoby zachować na dłużej i nie ma znaczenia, czy jest to Koloseum, fiordy, fawele, kwiatowe szaleństwo w Keukenhof, czy prastara, kamienna wioska pod Oxfordem.
       Dlatego bardzo cieszę się, że nieoceniona Pani Natura stworzyła takiego podróżniczka. Maluch odwala za mnie wycieczki po świecie, a ja w tym czasie mogę spokojnie uwalić się w torfie lub na którymś z warmińskich pagórów.















Wróżka porożuszka.

  
      Większość Czytelników tego bloga zapewne wie, że urodziłem się w Dolinie Biebrzy, przemieszkałem tam 17 lat, a potem – jak mawiano w złych dzielnicach stolicy– przeflancowałem się na Warmię. Nie musicie się jednak obawiać, gdyż wbrew pozorom, nie będzie to tekst z gatunku „stary człowiek opowiada o bagnach, których już nie ma, bo je osuszyli, a on ciągle nie może w to uwierzyć”.
         Ten post jest o tzw. zrzutach, czyli o znajdowaniu poroża, a raczej o nieznajdowaniu tegoż z jednym wyjątkiem.
         Jak już wspomniałem na wstępie, urodziłem się na mokradłach, które niemalże od połogu, ukochałem sobie nad życie. Mniej więcej tak w dziewiątej wiośnie życia zacząłem eksplorować owe tereny. Z początku węszyłem blisko mojej miejscowości, a potem – wraz z upływem czasu - zacząłem zapuszczać się coraz dalej i dalej i dalej i dal … mniejsza z tym.
Ile w tym czasie doznałem cudowności przyrodniczych – nie zliczę! Ile w tym czasie znalazłem tzw. zrzutów, czyli przeterminowanego poroża łosi (jeleni wtedy jeszcze w Dolinie nie było) zliczę, gdyż dokładnie … ani jednego! Mało tego! Mój Ojciec, który - z racji wykonywanego zawodu - poznał każdą piędź Doliny, także niczego nie znalazł! Ojciec eksplorował moczary 30 lat (słownie: trzydzieści), ja jakieś 10+20 już z Olsztyna (słownie: ja jakieś dziesięć plus dwadzieścia już z Olsztyna), czyli razem, jakby nie liczył, bite 63 lata i NIC! Nie znaleźliśmy nawet jednego, zakichanego, zmurszałego kawałka łosiowej tkanki kostnej! Niczego! Przez owe 78 lat (z ojcem na spółkę, ma się rozumieć) mówiliśmy sobie oczywiście, że nic się nie stało. Że mamy pecha i tyle. Albo, że w naszej okolicy łosie nie zrzucają, bo nie lubią. Albo, że … Najgorsze w tym wszystkim, że przez ten cały czas słyszałem zewsząd legendy o okolicznych zbieraczach, którzy zarabiali na tym interesie piękne pensje i to wyłącznie w ramach tzw. doskoku.
         Żeby było jasne. Nigdy nie chciałem zostać obrzydliwie zamożnym sprzedawcą poroża. Nie chodziło mi o wyszukane, tureckie ciuchy, naturalne piżmo w perfumie, samochody z niecofanym licznikiem, segment do remontu pod aglomeracją i świeże mięso w codziennej diecie! Chodziło mi wyłącznie o jeden, jedyny, malutki porożek, który mógłbym sobie powiesić na ścianie nad piecykiem dwufunkcyjnym i popatrywać nań podczas krótkich, letnich wieczorów z dobrą książką w ręce. Przyznam się ze wstydem, że nawet kupiłem tę dobrą książkę w nadziei, że zaczaruję los i poroże znajdę, ale nic z tego nie wyszło i zostałem z tym czymś, jak jakiś głupi intelektualista.
         Nie wiedziałem jednak, że Wróżka Porożuszka ma swój chytry, długoterminowy plan, ale czeka z nim na odpowiedni moment.
Tak się jakoś zdarzyło, że podczas ostatniego Sylwestra zrobiliśmy z przyjaciółmi objazd Doliny w celu pokazania Im Jej. Objazd nazwałbym średnio udanym, gdyż – jak pisałem, w którymś z poprzednich postów – łosi praktycznie nie było, a reszty nie było nawet w teorii.
Podczas owego tournee, zatrzymaliśmy się na chwilę, by obejrzeć fragment sosnowego młodnika, który zręczne zęby wielu łosiowych pokoleń przerobiły na, wyrafinowaną w swym ascetyzmie, plantację bonsai. Akurat dla mnie nie było to nic szczególnego, ale że taki młodnik jest doskonałym miejscem do … nieważne, wyszedłem z auta za przyjacielem i pierwszą rzeczą na jaką się natknąłem była … tyka młodego łosia. Przyznam szczerze, że oniemiałem. Jak to możliwe? To i setki innych, gorączkowych pytań przelatywały mi przez głowę, a świat wokół wirował, niczym staromodna maszyna do odtłuszczania mleka. Blisko wiek poszukiwań i nic, a tu proszę! Pół metra od leśnej drogi leży sobie, może nie łopata, ani nawet łopatka, ale leży coś, co przed chwilą sterczało dumnie z łosiowej skroni!
Tyczek wisi sobie teraz na ścianie, czekając na przeprowadzkę i eksponowane miejsce nad wspomnianym piecykiem. Szkoda tylko, że nie będę mógł patrzeć na niego z tą dobrą książką w dłoni, gdyż znajomy stolarz naprawił w końcu kulejący taborecik, tomik poszedł do kosza, a drugi raz, na tak irracjonalny zakup, nikt mnie raczej nie namówi.

PS. Przepraszam, że dziś tylko jedna fotka, ale praca, przedgrypię, wymknięty nieco spod kontroli remont mieszkania oraz cała reszta, północno-wschodnich plag, skutecznie uniemożliwiły mi przygotowania większej porcji obrazków.



Smutna piosenka.

W ubiegłym tygodniu pojechałem odwiedzić przyjaciela, którego czasowo rzuciła narzeczona, gdyż zapragnęła pośmigać na nartach zjazdowych, gdzieś po słowackiej stronie Tatr. Z uwagi na fakt, że był to wtorek obyło się bez szaleństw, które zazwyczaj towarzyszą piątkom i środom. Ot posiedzieliśmy sobie spokojnie w kuchni, poddziergiwując wodery z wełenki, popijając herbatę z dodatkiem korzenia chrzanu i nucąc rzewną pieśń o powiatowej dziewczynie, która otruła się z powodu niespełnionej miłości do account managera z Białołęki.
Nie wiem, czy był to skutek działania zawartego w chrzanie izotiocyjanianu allilu wzmocnionego teiną, czy też rzeczonej pieśni, a zwłaszcza jej ostatniej zwrotki …

Pod biało brzozo jo pochowali
W glebie, co szóstej była klasy
I tak oto nieszczęsna w te jedne sekunde
Zarzewiem się stała biomasy.

Ref. Hop, hop, dziś, dziś. Basetle! Od ucha!!

… ale nagle wzięło nas na reminiscencje, a konkretnie na wspominki o rybałce i pokrewnych sposobach pozyskiwania darmowego wyżywienia w przyrodzie w - trudnym gospodarczo, niestabilnym społecznie, ale jakże twórczym - przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych minionego stulecia.
         Część czytelników tego bloga pamięta zapewne, że był kiedyś taki czas, gdy nasze rzeki, jeziora, strugi i glinianki pełne były jazgarzy, szczeżui, piskorzy i grzybieni, a słowo „rak” kojarzyło się zazwyczaj z pyszną kolacją na świeżuteńkim powietrzu, pośród ludzi ubranych na wesoło, a nie z niskobudżetowym obiadem w tanim lokalu, pośród ludzi ubranych na czarno.

         I o tym właśnie rozmawialiśmy, podczas wspomnianego, wtorkowego paraweekendu i łzy - jak grochu ziarna - płynęły nam po twarzach, a zwłaszcza mojemu przyjacielowi, gdyż jest ci On ode mnie - jakby nie liczył - o dobre półtora roku, starszy.























Listopad jest zły.

Tym razem kolejna porcja warmińskich jeleni. Oczywiście wszyscy wiemy, że czas ich miłosnych uniesień już dawno minął, ale ponieważ zostało mi jeszcze kilka fotek, żal było ich nie umieścić. Tyle tylko, że nie o jeleniach jest ten post. Ten post jest o miesiącu, którego zdecydowanie nie powinno być.
Pomimo tego, że urodziłem się w listopadzie jest to dla mnie czas przeklęty. Dziś trudno mi w to uwierzyć, ale kiedyś lubiłem te dni, gdy zmrok zapadał już o 16. Lubiłem wędrówki przyciemnionymi, mokrymi od deszczu uliczkami starego miasta w Olsztynie do miejsc, w których można było spotkać rozartyzmowanych kolegów i pogadać o tej, no … sztuce, a tak naprawdę o tym, gdzie można kupić piwo i która koleżanka jest w ciąży i z kim raczej nie. Czekałem na te dni z niecierpliwością, tak, jak … dziś czekam, by to cholerne, świetlno-pogodowe średniowiecze poszło wreszcie precz i, jeżeli nie może być teraz wiosny, to niech przynajmniej zacznie się grudzień ze śniegiem, mrozem i bezkarną rzezią ryb z rodziny karpiowatych. To jednak jeszcze kawał czasu, więc mam nadzieję, że jakoś to przeżyję i gdy dzień ponownie zacznie górować nad nocą, nie będę już znanym w dzielnicy wariatem, przemierzającym dzielnicę na wygrzebanych w śmietniku rolkach i mamroczącym coś o końcu świata wymodlonym przez sektę "Krotochwilnych Czcicieli Szatana" z Elbląga.
Moje obawy są tym bardziej uzasadnione, że kilka miesięcy temu gŁoś została wegetarianką. Co prawda nie dlatego, że – jak twierdzą hipsterzy - niejedzenie mięsa w Europie Wschodniej wpływa pozytywnie na lasy deszczowe w Ameryce Południowej, ale to w sumie nieważne. Ważne jest to, że siłą rzeczy również moje spożycie potraw, w których można odnaleźć jakikolwiek smak, spadło nieomal do zera.
I to jest niestety kolejny problem. Do tej pory dotrwanie do kolejnych wiosen zawdzięczałem podlaskim antydepresantom, medytacjom w pozycji „miotanego rzeczną bryzą kosaćca” i – przede wszystkim - pochłanianiu wieprzowiny. To właśnie witaminy oraz makro- i mikroelementy zawarte w świńskim tłuszczu, pozwalały mi zachować sprężystość mięśni, tężyznę ścięgien (albo odwrotnie) i, przede wszystkim,  pogodę ducha w te ponure - niczym sny ciężarnej właścicielki wytwórni mączek kostnych - listopadowe dni.
Na szczęście pewne znaki na ziemi i niebie wskazują na to, że tegoroczny listopad, a przynajmniej jego atrybuty, mogą skończyć się szybciej, niż zazwyczaj. Widać to w przyrodzie już od dłuższego czasu, chociażby po zwierzakach z rodzaju futrzastych. Czy tak rzeczywiście będzie? Tego oczywiście na 100% stwierdzić nie mogą, choć głosy w mojej głowie twierdzą, że jest to bardzo prawdopodobne. 

PS. Przepraszam za opóźnione odpowiedzi na komentarze, ale trochę się ostatnio działo, więc blog zszedł był na plan dalszy. 

PS.2. Z ostatniej chwili!!!!! 
Jeżeli jeszcze nie maci pomysłu na świąteczny prezent, to zapraszam na blog Leny http://bing.com/2017/10/28/ciut-poezji-ciut-prozy/:































Leaderboard