Leaderboard
728x15

Wróżka porożuszka.

Large Rectangle
  
      Większość Czytelników tego bloga zapewne wie, że urodziłem się w Dolinie Biebrzy, przemieszkałem tam 17 lat, a potem – jak mawiano w złych dzielnicach stolicy– przeflancowałem się na Warmię. Nie musicie się jednak obawiać, gdyż wbrew pozorom, nie będzie to tekst z gatunku „stary człowiek opowiada o bagnach, których już nie ma, bo je osuszyli, a on ciągle nie może w to uwierzyć”.
         Ten post jest o tzw. zrzutach, czyli o znajdowaniu poroża, a raczej o nieznajdowaniu tegoż z jednym wyjątkiem.
         Jak już wspomniałem na wstępie, urodziłem się na mokradłach, które niemalże od połogu, ukochałem sobie nad życie. Mniej więcej tak w dziewiątej wiośnie życia zacząłem eksplorować owe tereny. Z początku węszyłem blisko mojej miejscowości, a potem – wraz z upływem czasu - zacząłem zapuszczać się coraz dalej i dalej i dalej i dal … mniejsza z tym.
Ile w tym czasie doznałem cudowności przyrodniczych – nie zliczę! Ile w tym czasie znalazłem tzw. zrzutów, czyli przeterminowanego poroża łosi (jeleni wtedy jeszcze w Dolinie nie było) zliczę, gdyż dokładnie … ani jednego! Mało tego! Mój Ojciec, który - z racji wykonywanego zawodu - poznał każdą piędź Doliny, także niczego nie znalazł! Ojciec eksplorował moczary 30 lat (słownie: trzydzieści), ja jakieś 10+20 już z Olsztyna (słownie: ja jakieś dziesięć plus dwadzieścia już z Olsztyna), czyli razem, jakby nie liczył, bite 63 lata i NIC! Nie znaleźliśmy nawet jednego, zakichanego, zmurszałego kawałka łosiowej tkanki kostnej! Niczego! Przez owe 78 lat (z ojcem na spółkę, ma się rozumieć) mówiliśmy sobie oczywiście, że nic się nie stało. Że mamy pecha i tyle. Albo, że w naszej okolicy łosie nie zrzucają, bo nie lubią. Albo, że … Najgorsze w tym wszystkim, że przez ten cały czas słyszałem zewsząd legendy o okolicznych zbieraczach, którzy zarabiali na tym interesie piękne pensje i to wyłącznie w ramach tzw. doskoku.
         Żeby było jasne. Nigdy nie chciałem zostać obrzydliwie zamożnym sprzedawcą poroża. Nie chodziło mi o wyszukane, tureckie ciuchy, naturalne piżmo w perfumie, samochody z niecofanym licznikiem, segment do remontu pod aglomeracją i świeże mięso w codziennej diecie! Chodziło mi wyłącznie o jeden, jedyny, malutki porożek, który mógłbym sobie powiesić na ścianie nad piecykiem dwufunkcyjnym i popatrywać nań podczas krótkich, letnich wieczorów z dobrą książką w ręce. Przyznam się ze wstydem, że nawet kupiłem tę dobrą książkę w nadziei, że zaczaruję los i poroże znajdę, ale nic z tego nie wyszło i zostałem z tym czymś, jak jakiś głupi intelektualista.
         Nie wiedziałem jednak, że Wróżka Porożuszka ma swój chytry, długoterminowy plan, ale czeka z nim na odpowiedni moment.
Tak się jakoś zdarzyło, że podczas ostatniego Sylwestra zrobiliśmy z przyjaciółmi objazd Doliny w celu pokazania Im Jej. Objazd nazwałbym średnio udanym, gdyż – jak pisałem, w którymś z poprzednich postów – łosi praktycznie nie było, a reszty nie było nawet w teorii.
Podczas owego tournee, zatrzymaliśmy się na chwilę, by obejrzeć fragment sosnowego młodnika, który zręczne zęby wielu łosiowych pokoleń przerobiły na, wyrafinowaną w swym ascetyzmie, plantację bonsai. Akurat dla mnie nie było to nic szczególnego, ale że taki młodnik jest doskonałym miejscem do … nieważne, wyszedłem z auta za przyjacielem i pierwszą rzeczą na jaką się natknąłem była … tyka młodego łosia. Przyznam szczerze, że oniemiałem. Jak to możliwe? To i setki innych, gorączkowych pytań przelatywały mi przez głowę, a świat wokół wirował, niczym staromodna maszyna do odtłuszczania mleka. Blisko wiek poszukiwań i nic, a tu proszę! Pół metra od leśnej drogi leży sobie, może nie łopata, ani nawet łopatka, ale leży coś, co przed chwilą sterczało dumnie z łosiowej skroni!
Tyczek wisi sobie teraz na ścianie, czekając na przeprowadzkę i eksponowane miejsce nad wspomnianym piecykiem. Szkoda tylko, że nie będę mógł patrzeć na niego z tą dobrą książką w dłoni, gdyż znajomy stolarz naprawił w końcu kulejący taborecik, tomik poszedł do kosza, a drugi raz, na tak irracjonalny zakup, nikt mnie raczej nie namówi.

PS. Przepraszam, że dziś tylko jedna fotka, ale praca, przedgrypię, wymknięty nieco spod kontroli remont mieszkania oraz cała reszta, północno-wschodnich plag, skutecznie uniemożliwiły mi przygotowania większej porcji obrazków.



Banner